RECENZJE

M. Ward
Transfiguration Of Vincent

2003, Merge 6.6

"O właśnie! Powiedz mi, co to jest właściwie tradycja. On ciągle o to pyta. Mówi, że to jakaś dziewczynka". "Debil... Tradycja to jest... coś ekstra". "Ekstradycja?". "To jest przy... porwaniach samolotu, jak bandyta porywa samolot to możemy go żądać z powrotem, właśnie na zasadzie tej tradycji... to stara tradycja. Jeszcze od początków... lotnictwa. Ekstradycja".

Postanowiłem na początku przypomnieć (prosto z Misia, jakby ktoś nie wiedział, w co jednak wątpię) definicję ważnego terminu jakim jest tradycja, gdyż to na niej opiera się artysta, którego ostatni album zostanie tu omówiony. Jak niejednokrotnie pisaliśmy, czerpać z dokonań poprzedników można wieloma sposobami, na różną skalę i ze skrajnie odmiennym skutkiem. Dla mnie sztandarowym przykładem negatywnego przeginania pały w każdym z tych aspektów są "dokonania" grupy Muse. Słysząc termin "zrzynka" automatycznie przypominam sobie Bellamy'ego wykrzywiającego swe spowite bólem oblicze (trafiłem kiedyś na ich koncert na MTV, teraz wiem skąd sceniczną mimikę i gesty zapożyczył nasz rodzimy bard czerwonowłosy). Nie można oczywiście powiedzieć, by płyty Muse były tradycyjne, oni nie sięgają tylko do korzeni, pożywkę mając i z nowszych wydawnictw.

Z przeciwnym biegunem nie jest już tak łatwo i sympatycznie – najprzyjemniejszy przykład korzystania z dorobku innych chyba nie istnieje. Takowym musiałoby być przecież nie ściąganie w ogóle, a czy ukazała się kiedykolwiek płyta będąca oryginalna w każdym dźwięku bez wyjątku, w każdym szarpnięciu struną czy walnięciu w bęben? Do czego zmierzam: skoro nie da się uniknąć patrzenia w bok, zdolność umiejętnego łączenia cudzych pomysłów z własnymi, czy nawet rzucanie w ten sposób na te pierwsze nowego światła, jest na wagę złota. Takim talentem z pewnością obdarzony jest Matt Ward, którego trzeci krążek ukazał się pod koniec kwietnia tego roku.

Nie od początku kariery Ward nagrywa albumy solowe, dawniej związany był z kalifornijskim triem Rodriguez. Nigdzie nie natknąłem się na więcej informacji odnośnie tego zespołu, jak widać więc decyzja o skupieniu się na całkowicie własnym projekcie była słuszna. Jego debiut to Duets For Guitars #2, znawcy tematu z pewnością liczą po ilu słowach wymienię nazwisko Howie Gelba. Niemożliwością jest pominięcie lidera alt-country'owej kapeli Giant Sand, bo nie dość, iż jest on dla Warda muzycznym guru, to właśnie pod patronatem jego firmy płytowej Ow Om ukazał się Duets. Jego followerem był dwuletni dziś End Of Amnesia, wokół którego narobiło się w środowisku amerykańskiego alt-country trochę zamieszania (czego efekt to chociażby wspólna trasa koncertowa z Conorem Oberstem i jego Bright Eyes). Tegoroczny Transfiguration Of Vincent z pewnością jeszcze je wznieci, w każdym razie zasługuje na to, bo to bardzo dobry materiał.

Jak łatwo się domyślić, muzyka Matta jest z reguły cicha, utwory często są miłosnymi balladami, każdą niemal przestrzeń wypełnia dźwięk akustyka lub pianina. Na tym jednak kończy się, że tak powiem, gatunkowa standardowość artysty. Lubi on bowiem wykraczać poza więzy (przypisanej przecież do samotnych songwriterów) minimalistycznej formy. To właśnie zapewnia albumowi świeżość, zupełnie nie kłócącą się z jego mimo wszystko tradycyjnym i sięgającym do korzeni amerykańskiego folku, country i bluesa charakterem. Nawet jeśli nie uznajecie się za zwolenników tych gatunków, Ward ma sporą szansę pokonać was, stosując najlepszą broń: błyskawicznie przyswajalne melodie. Utwory, w których zadbano dodatkowo o urozmaicenie brzmienia, należą do perełek Transfiguration Of Vincent.

Pierwsza z nich trafia się na samym początku, tuż po zatytułowanym "Transfiguration #1" intro (które pokazuje, iż orkiestrę świerszczy dobrze sprzedać nie jest tak łatwo, jak po The Western Freeway by się mogło wydawać). Żwawy "Vincent O'Brien" obfituje w świetne saloonowe a la Gelb pianino, które nieśmiało dołącza repetycją po pierwszych sekundach, by nieco później zdominować cały kawałek. I tu daje o sobie znać inspiracja starym Tomem Waitsem. Nazwisko niejakiego Vincenta O'Briena, fikcyjnego bohatera tekstów Warda, przewijało się już na poprzednim albumie (był tam utwór "O'Brien / O'Brien's Nocturne"), tytuł tegorocznego mówi zaś sam za siebie. Co to ma do Waitsa? Otóż trylogia Swordfishtrombones, Rain Dogs i Frank's Wild Years to nic innego, jak cykl opowieści o gościu imieniem Frank. Zresztą Transfiguration Of Vincent również ściśle muzycznie powiązane jest z szarmanckim pieśniarzem (choć raczej z trzydziestoletniego dziś Closing Time).

"Oh I went to the doctor / I said doctor please / What do you do when your true love leaves? / He said / The hardest thing in the world to do / Is to find somebody who believes in you / Make a sad / Make a sad / Make a sad sad song", zagubionym głosem woła do nas Ward w "Sad, Sad Song", kolejnym silnym tu punkcie. Stopa i delikatny talerz (wysyłające w eter cudnie proste pum-pum-pum) stwarzają wrażenie lekkości, doskonale podkreślającej żartobliwie mroczny nastrój piosenki. Facet ma zmysł: na papierze taki numer wydaje się nie mieć szans na przejście, a tymczasem – są kolejne punkty. Piękny "Undertaker" zaczyna się od powabnych słów "Oh life is so good / When you treat it like it should be", by po chwili przejść w szczerze wzruszające "Oh but if you're gonna leave me?". I tak jak Fire Show zadawali podobne pytanie z krzykliwym wyrzutem (który u nich zresztą uwielbiam), będąc już na skraju choroby psychicznej kwalifikującej się do opisania w Locie Nad Kukułczym Gniazdem, tak Ward zachowuje się jak biedny duży misiu, składając litery czule i z pewną dozą nieśmiałości.

Najsmaczniejszy kąsek Transfiguration Of Vincent to szczyt, którego nie osiągnęło wiele płyt mających stanowić o sile bieżącego rocznika. Najpierw nasuwający skojarzenia z ogołoconą z sekcji dętej Buena Vistą Social Club wstęp, który ponieważ jest w lo-fi, zmusza do pokaźnego przekręcenia gałki głośności. Cóż za mistrzowskie posunięcie! Przeciwstawiono nas rozklekotanemu wiosłu; dołącza wysmakowany jak wino z Bordeaux wokal Warda. Ten właśnie zostaje doktorem habilitowanym – co ja mówię, profesorem! – wyrażania emocji samym delikatnym sposobem intonowania słów. Na żadnym innym odcinku płyty głos artysty nie wgniata. Nim pomyślimy o złapaniu oddechu, niczym jak w Monty Pythonie spada na nas dziesięciotonowy kloc: poprzedzone zaszumieniem nagłe przebudzenie akustyka, którego kilka pierwszych szarpnięć przyprawia o najprawdziwsze w świecie dreszcze.

Czarną chmurą wiszącą nad każdą płytą są wypełniacze. Gdy tylko dobiega końca opisany powyżej "Poor Boy. Minor Key", zaczyna się passa czterech utworów, które na miejsce na tym albumie nie zasługują zdecydowanie. Nieco ponad stusekundowy "Fool Says" jest zbyt naiwny, "Dead Man" potrafi w najlepszym przypadku znużyć, a w najgorszym zirytować. Podobnie z "A Voice At The End Of The Line": gdy przychodzi kolej na numer dwanaście, nie żałuję funkcji "skip". A ta prowadzi mnie do najładniejszej ballady albumu, paradoksalnie będącej coverem przeboju "Let's Dance", napisanego w latach osiemdziesiątych przez Davida Bowiego. W porównaniu do oryginału wersja Warda brzmi jak nie ten utwór; inne akordy, inne zupełnie tempo. Te ingerencje przekształciły utwór w delikatny popis wokalno-aranżacyjny: kolosalną rolę odgrywa tło (po którym oprowadzą nas tylko słuchawki), niewyraźnie szumiące dzwoneczki i odzywające się w najwłaściwszych momentach schowane gdzieś za grubą kotarą pianino. Ciepły wokal oświetla nas jak światło księżyca.

Kilkadziesiąt sekund outra "Transfiguration #2" i album się kończy. Czując niedosyt mam na szczęście świadomość waszego przesytu tym pisaniem o M. Wardzie (dokonanym w Wordzie zresztą, hi hi), dlatego kończę odsyłając po Transfiguration Of Vincent każdego, kto lubi klimat mrocznej amerykańskiej knajpy, gdzie dym ogranicza widoczność na odległość między dwoma stolikami, a na podwyższeniu pyka na ustnej harmonijce nieogolony koleś, mogący zdaje się o życiu sporo opowiedzieć. M. Wardowi udaje się ten tradycyjny wizerunek songwritera alt-country'owca odmłodzić, jednocześnie stwarzając okazję do kontaktu ze szczyptą ambitniejszego oblicza odmiany muzyki prezentowanej niegdyś w trójkowych audycjach Korneliusza Pacudy. Wychodząc spod właściwych rąk amerykański folk i country wciąż potrafią dostarczyć frajdy.

Jędrzej Michalak    
5 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy