RECENZJE

Lykke Li
I Never Learn

2014, LL 5.9

Popatrzmy sobie najpierw na ten teledysk z czasów, w których skrót HD oznaczał wyłącznie przereklamowane buty (nie ma opcji, żeby na rozdzielczości 240 wykręcić dziś 10 milionów odsłon). Tak dla przypomnienia, że wielu z nas było młodych, skromnych acz pełnych nadziei. Lykke też. Ale teraz Lykke już nie jest. Co więcej – Skandynawia okazała się za mała dla artystki i jej niespełnionej miłości, więc wyjechała za Ocean, by w niezgłębionych ostępach Los Angeles poszukiwać siebie i przeżywać cierpienia na widoku. I zadziwiająco dobrze jej to wyszło.

Oczywiście "zadziwiająco dobrze" nie w wartościach bezwzględnych, ale jeśli (niemal) wszystkie utwory na płycie traktują o najbardziej ogranym mikroproblemie pierwszego świata, to trzeba mieć talent i warsztat, by nie tarzać się w żenadzie. Piosenek o złamanym sercu jest więcej niż pornoli, więc tytuły ''Love Me Like I'm Not Made Of Stone'', ''Never Gonna Love Again'' czy ''Heart Of Steel'' skutecznie odstręczają. Ale nie skreślajcie od razu, bo znalazły się tu momenty dobre i bardzo dobre.

Po pierwsze to Lykke Li – skromna koleżanka, która dała nam dwa dobre albumy, pełne porządnie aranżowanego synth-popu, inteligentnie melodyjnych ballad, które zawsze sprawdzały się przy zmywaniu, a często także w mniej konwencjonalnych sytuacjach. Po drugie jej największy hit, ''I Follow Rivers'' z poprzedniego albumu, to piosenka, która jakościowo plasowała się tylko nieco poniżej utworów Jessie Ware (porównanie wynika z tego, że obie artystki zostały swojego czasu zajechane przez komercyjne radio, całkiem słusznie, dziękuję). Sample perkusjonaliów i to gwałtowne zatrzymanie przed refrenem, setki ścieżek zaraz potem... efekciarskie, ale działało. Zarówno Lykke, jak i jej producent Bjorn Yttling (ten od Petera Bjorna i Johna) wyciągnęli jedyne słuszne wnioski i przygotowali album najbardziej rozbuchany aranżacyjnie, najbardziej przemyślany, o potencjale drogowego walca momentami. Wszystkiego tutaj jest dużo. Nawet skromna balladka tytułowa, idealna na gitarę akustyczną w zadymionym klubie, szybko rozrasta się do, pełnego wielogłosów i skrzypiec, hymnu o nieszczęściu.

Taka (pozorna być może) epickość towarzyszy nam przez cały album. Już kolejne "No Rest For The Wicked" jest smutniejszą odsłoną "I Follow Rivers" właśnie. To że głos Lykke dominuje nad tą kopą dźwięków to też nie lada osiągnięcie techniki. Podobnie, najlepsze w zestawie, "Gunshot" od razu prowadzi nas w stronę fajerwerków, ale kiedy iskra idzie to to, co dzieje się zaraz potem, powoduje przyjemne otępienie.

Oczywiście są też momenty przeszarżowane. Gospelowe chóry są w "Heart Of Steel" tylko po to, żeby jeden mógł do drugiego powiedzieć "A mnie się najbardziej podoba ten kawałek z gospelowymi chórami". "Never Gonna Love Again" operuje w refrenie leniwą eightisową manierą, której brakuje jedynie slow-motion-huśtawki i burzy blondwłosów. Nie. Lykke nie jest jeszcze starą babą, powinna sobie zostawić takie pomysły na odcinanie kuponów za, powiedzmy, dekadę.

Możemy udawać, że nie obchodzą nas teksty, a jedynie zimny wokal i charakterystyczny klimat, ale przy płycie tak monotematycznej raczej nie można uciec. Lykke lawiruje między Ameryką i Przasnyszem. Problemy "niekochanych" ludzi roztrząsane są za pomocą sugestywnych liryków typu "There'll be no rest for the wicked / there's no song for the choir" oraz jakże nieśmiesznych "Will I get used to / can i forget you", szczęśliwie zęby odbiorcy zgrzytają raptem w kilku wypadkach. W konkretnym kontekście niektóre fragmenty I Never Learn mogą naprawdę bardzo, bardzo wzruszyć dorosłego (mną też wstrząsnęły, kiedy zlew był pusty i skończył się płyn do mycia naczyń i miałem czas na nieskrępowane myślenie), a jeśli nie – to wciąż daje sporo frajdy.

Filip Kekusz    
27 maja 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie