RECENZJE

Lukid
Foma

2009, Werk Discs 7.0

Wyobraźmy sobie, że do ziemi zbliża się gigantyczny, pędzący z prędkością dźwięku meteoryt i jedynym sposobem na uratowanie naszej pięknej planety jest precyzyjne zdefiniowanie zawartości muzycznej płyty Foma. Szybko rzuciłbym wtedy: ambient-hip-hop-IDM-funk (i wówczas nastąpiłaby apokalipsa, bo to nie jest prosta definicja).

Na szczęście jestem w komfortowej sytuacji, skorzystam z tego i podejdę do sprawy bardziej opisowo. Po pierwsze: dziełko Lukida jest całkiem oryginalne – oczywiście można je odnieść do twórczości mniej lub bardziej znanych artystów. Jednak lista ta jest na tyle długa i zróżnicowana (Prefuse 73, Aphex Twin, Herbie Hancock, Jasper TX, RZA, Boards of Canada, Noah23), że mamy do czynienia z twórczym wykorzystaniem inspiracji, a nie nonszalancką zżynką, sprzedawaną pod hasłem "hype".

Po drugie: Jak pewnie zauważyliście, pomiędzy funkiem i IDM-em jest zasadniczo spora przepaść stylistyczna. Chłodna analiza kontra pierwotny dynamizm. A jednak Lukid w jakimś stopniu godzi te przeciwieństwa, podobnie jak znowu nie przystające do siebie wpływy ambientu i hip-hopu. NIe podejmuję się stwierdzić, czy jest to płyta dynamiczna czy intelektualna. Wszystkie te style zostały przeżute przez L i – hmmmm – nieważne co z nimi dalej zrobił, ale powstała z tego dość spójna i jednorodna całość o bardzo indywidualnych cechach.

Po trzecie: określenie, które nasuwa mi się podczas słuchania tej płyty to: abstrakcja. Nie są to bity ani dźwięki, które można określić jako "naturalnie płynące". Nawet niskie pochody basowe, które zazwyczaj działają na zasadzie prymitywizacji, unaturalnienia przebiegu muzycznego, tutaj brzmią jak wytwór pokrętnych działań intelektu Lukida. To samo tyczy się każdej kolejnej warstwy brzmienia – przytłumionych perkusyjnych loopów, trzasków i piknięć, czy rozlewających się akordów. Gdzieniegdzie zabrzmi jakiś zsamplowany wokal, ale bynajmniej nie ożywia to muzyki. Przywodzi na myśl raczej pojawienie się w roli drugoplanowej sztucznego człowieka Frankensteina (albo innego homunkulusa).

Po czwarte: może to wcale nie abstrakcja, a raczej naturalność kosmosu? Dźwięki te przynoszą pewne wrażenie nierealistycznej, a może raczej nie istniejącej na ziemi przestrzeni, przywodzącej na myśl podróże Gagarina i Sun Ra. I wracamy z powrotem do meteorytu, o którym pisałem na samym początku. Wpatrując się w okładkę płyty, podejrzewam, że czerwony kształt to właśnie to.

Piotr Cichocki    
5 czerwca 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie