RECENZJE

Luke Slater
Alright On Top

2002, Novamute 5.5

Co wyróżnia tę płytę? To, że jest inna. W żadnym stopniu nie przypomina tego, czego można było się po Luku Slaterze spodziewać. W świecie elektroniki, gdzie eksperyment stał się normą, a o słabe albumy coraz trudniej, Luke zadbał o to, aby nie zabrakło czegoś wtórnego, czegoś, przy czym wykrzywilbyśmy w grymasie zniesmaczenia twarze. Luke Slater postanowił pokręcić sobie new romantic, synth-popem i innymi charakterystycznymi dla lat 80-tych brzmieniami, a do tego zwerbował jeszcze przyjaciela Rickiego Barrowa, który śpiewa mu najzwyczajniejsze w świecie popowe piosenki. Czy wyszło mu to na dobre? Ludzie tego pokroju nie robią niczego wbrew swej woli, a tym bardziej nie wydają wbrew niej albumów sygnowanych swoją osobą. Luke Slater to jeden z najlepszych DJów na Wyspach, związanych z tamtejszą sceną od samego początku jej istnienia. Klubowy wyjadacz i znakomity producent. Jego płyta Drone Sector wydana jako Planetary Assault System, to przykład nieprzeciętnego albumu z niełatwym techno pompowaniem najwyższej klasy, a zeszłoroczny mix album Fear And Loathing potwierdzał didżejską klasę i talent, przy czym znowu, wcale do grona lekkich nie należąc. Tym bardziej zaskakuje tandetne, popowe Alright On Top.

Jest to nie lada orzech do zgryzienia. Z jednej, strony to płyta odważna, ale nie ze względu na odkrywanie nowych rzeczy, tylko raczej z powodu mienia w dupie narażanie się na śmieszność. Z drugiej strony, w tej naiwności trans-popu Luke zagalopował się miejscami za daleko i za to należy mu się manto. "Searching For A Dream" przypomina przykurczone "Never Let Me Down Again" Depeche Mode, ale niestety tylko w podkładzie. W momencie, gdy pojawia się wokaliza, cała energia zostaje przez nią wchłonięta i kawałek zostaje zdominowany przez niemrawy i dziamdziawy głos, nie tak jak David Gahan, który oddawał w śpiewie całą swoją duszę. W ciągu trwania tej płyty, ten pobłażliwy i jęczący wokal może się dać trochę we znaki, często okupując pierwszy plan zdarzeń, ale są tutaj też piosenki, w których Brytyjczyk broni się nadzwyczajnie, przypominając i potwierdzając swoją reputację.

"Nothing At All" już na wstępie podpowiada nam, abyśmy troszkę przymrużyli oczko, co wyraźnie sygnalizuje maniera wokalna zdystansowanego pana w uniformie, który akurat w tym wypadku tworzy ze zwariowanym podkładem wyjątkowo spójny i brawurowy hippie-electro-transik. Aha, i żeby było jasne: tym, którzy będą zniesmaczeni, przypominam, że to zdecydowanie parkietowe granie, zgrywusowe i zdecydowanie degresywne. Innymi przykładami na to, że można było tę płytę zrobić lepiej, są "Stars And Heroes" i "Only You" – bardzo przebojowe, lekko zrealizowane i wcale nie takie banalne, jak się może na pierwszy rzut ucha wydaje, electro reinterpretacje lat 80-tych. Ale najlepszy fragment płyty to dla mnie żanmiszelżerowato-kraftwerkowy refrenik w "Take Us Apart", szkoda tylko, że melodia zwrotki jest sklapciała, a Ricky Barrow śpiewa jak członek weselnej kapeli po dwóch rolmopsach i w efekcie przygasza zmysł Freda Astaire'a, pobudzany przez śpiewającego voco-robota w rzeczonym refrenie.

No, ale może to właśnie było celem Slatera: dopasować takiego człowieka, z którym można by się od tej całej techno-pompy, która być może go nieco znużyła, zdystansować, jednak nie na tyle, aby z elektronicznej muzyki zrezygnować kompletnie. Podobnie jak Vogel, który zbratał się z wokalistą Jamie Lidellem i splatając jego soulowy talent ze swoimi zaawansowanymi bitami, jako Super Collider, stworzył mega-trampolinę do wyskoczenia z dusznej formy miarowego techno bombardowania. Projekt Slatera to jednak z założenia komitet o klasę niższy, bo stworzony raczej jako zwrot w tył i żonglowanie patentami z lamusa, i to niekoniecznie tymi z górnej półki, podczas gdy Vogel z Lidellem drążą nieodkryte tunele. No i Barrow nie ma raczej soulowego talentu...

W sumie to nie jest zła płyta, bo ujmujący jest dystans, z jakim ci dwaj trzydziestolatkowie bawią się wyeksploatowanymi zagrywkami, a i pozytywne fluidy się od czasu do czasu też udzielają. Do miana bardzo dobrej też jej jednak parę kroczków brakuje, nie brakuje tu przeciętnych momentów prowadzących do nikąd. A szkoda, bo przecież taki I-F swoimi mixami z Hagi, z nienaruszonym disco-electro lat octu i telewizorów Rubin, przekonywał, że z tandety można ulepić wspaniałą muzyczną przejażdżkę, świetnie się przy tym bawiąc. Pamiętacie Bronski Beat albo pierwszy album Depeche Mode? Slater wylądował swoim electro-pojazdem niedaleko nich i jestem ciekawy, gdzie kolejnym razem go poniesie.

Krzysztof Zakrocki    
5 września 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie