RECENZJE

Low
Trust

2002, Kranky 6.6

Trust, hm, nie zaskakuje. Ta, zdecydowanie, Low nie należą do takich, którzy lubią przeskakiwać z jednej stylistycznej półki na drugą, unikać szufladkowania i tak dalej. To, co robią od olśniewającego debiutu, robią naprawdę dobrze i nadziei na zmiany raczej nie widać.

Oznaką ożywienia w kroku naszych ukochanych slowcorowców miała być EP-ka Songs For A Dead Pilot, jednak nadzieje okazały się płonne. Niektórzy dostrzegli progres wraz z niezłym Things We Lost In A Fire, ale na tej zasadzie każda płyta jest inna (chyba że mówimy o dyskografii Lady Pank, na marginesie jednej z najlepszych polskich kapel, koniec, kropka hehe). Osiem lat minęło jak jeden dzień. Trust wespół z ( ), Yoshimi bądź Yanqui U.X.O. należało do bardziej wyczekiwanych płyt roku. I oto już mamy – nowe J Tull.

Pierwszy pozytyw jeśli chodzi o mnie wygląda tak, że Low nie sili się na rozwijanie klimatu stworzonego na Things We Lost (a minimalnie inny klimat został tam stworzony, przyznaję), zamiast tego odnosząc się do początków działalności. Bliżej więc do nastroju nocnej medytacji, niż ilustracji smętnych, ponurych dni. Do mnie to przemawia, jestem na tak i myślę sobie, że już kupuje bilet na twój koncert. Przemawiają też do mnie próby urozmaicenia aranżacji. Muzyka Low polega między innymi na pewnej ascezie brzmieniowej, zostawianiu ogromnej ilości przestrzeni. Tutaj przestrzeń zostaje do jakiegoś stopnia zagospodarowana, ale są to jak bardzo subtelne i ledwo zauważalne chlapnięcia pędzlem – oddalone chóry, klasztorne dzwony, tybetańskie bębny potęgujące jeszcze atmosferę tajemnicy i mistycyzmu.

Co ciekawego może być w którymś z kolei albumie opierającym swoje brzmienie na dokładnie tych samych patentach. Wolne, ponure, monotonne. A jednak, Low to mistrzowie harmonii, mistrzowie klimatu. Z utworu toczącego się w co najwyżej ślimaczym tempie naprawdę potrafią stworzyć wyjątkowe misterium. No ale co tu się dziwić, w końcu podpisali ich Kranky prawda? No właśnie, żeby po trzydziestej z rzędu identycznej piosence powiedzieć "absolutnie ci wierzę, jestem kupiony", te piosenki muszą być wyjątkowo dobre. Kilka dłużyzn oczywiście jest, ale generalnie znowu im się udało.

Najlepszym na to przykładem jest "Candy Girl". Posępne uderzenia w bębny, grobowy bas, kilka dźwięków na gitarze, kilka sporadycznych odgłosów, jeden wers powtarzany przez kilka minut, mimo to całkowicie pochłaniające. No i znajdźcie mi na przykład człowieka, który oparłby się sennemu wokalowi Mimi Parker w "Tonight", albo przejmująco smutnemu "The Lamb". Trzeba by mieć serce z lodu. A kulminacja następuje tak jak trzeba, a więc wraz z kończącym trwający godzinę krążek "Shots & Ladders". Łączy on większość elementów obecnych na płycie wcześniej – powolne tempo, poruszające harmonie wokalne, kombinowanie w sferze aranżacyjnej, wprowadzając dodatkowo przesterowane gitary w bardzo łebski sposób i tworząc psychodelicznie noisową końcówkę – ostatnie dwie minuty to jeden ze wspanialszych momentów w historii grupy.

Wspomniałem też o dłużyznach. Większość albumu dorównuje poziomem największym dokonaniom Low (a to już ich około szóste pełnometrażowe wydawnictwo, jakby się tak zastanowić – niezwykła sprawa), niestety znalazłoby się też kilkanaście zbędnych minut. Chociażby akustyczne kawałki "In The Drugs" i "La La La Song", zbliżające się do nastroju wigilijnych świąt (ten drugi to chyba nawet o jakiś pastisz zahacza), przesadnie i chyba na siłę spowolniony "John Prine", gdzie mrok przeradza się w karykaturę mroku, a także całkowicie nijaki "Last Snowstorm Of The Year".

A skoro już dotarliśmy do "Last Snowstorm", dotarliśmy tym samym do ciekawego aspektu Trust. Otóż pojawiają się nagle kompozycje, które w kontekście Low jawią się jako szczyt prędkości (wystawić dupę przez okno, zbiec na dół i zobaczyć jak znika, czy jakoś tak to było). Pierwszą z nich jest "Canada", materiał singlowy. Wiecie co mamy na "Canada"? Mamy przesterowany gitarowy riff do cholery, i bardzo dobrą rockową piosenkę. Apokalipsa. O drugim przyspieszeniu już pisałem i to by było na tyle, jeśli chodzi o niespodzianki.

No dobrze, może nie jest to jedna z płyt roku, ale na pewno nie zawodzi i jeszcze będziemy musieli chwilkę poczekać z wieszaniem psów na zjadających własny ogon slowcorowcach. Tym czasem Trust z czystym sumieniem polecam wrażliwcom, którzy na zimę lubią złapać solidnego doła. No, tylko mi się nie pociąć.

Michał Zagroba    
19 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie