RECENZJE

Low
Drums And Guns

2007, Sub Pop 6.6

Nowy album Low traktuje o wojnie w Iraku, czyli towarzystwo na własne życzenie ustawiło się na brzegu klifu, by śmiało spojrzeć w otchłań pretensjonalności. Jakimś cudem udało im się jednak uniknąć upadku i wykonać krok w bok, a może i nawet lekko w tył, co jest o tyle zaskakujące, że na przestrzeni paru ostatnich płyt trio z Duluth w Minnesocie przygotowywało nas raczej do ostatecznego skoku na główkę do pustego basenu mierności i dawno przebrzmiałej sławy. Miast kontynuować kompletnie niezrozumiałą ewolucję brzmienia w kierunku "ściany dźwięku", która to sprawiła, że The Great Destroyer nie można postrzegać inaczej niż w kategoriach nieporozumienia, Drums And Guns to powrót do tego, co Low wychodzi najlepiej, czyli ascezy i budowania przytłaczającej atmosfery jak najbardziej minimalistycznymi środkami. Chociaż czy do końca...

No właśnie, nie do końca. Trudno mówić o oszczędności środków kiedy jednym z najbardziej angażujących uwagę elementów tego albumu jest produkcja. Psioczenie na Dave’a Fridmanna, że nie pasuje, że gdzie neo-psycho-rozbuchanemu Mercury Rev do slowcorowo-skromnego Low, tak trafne przy okazji poprzedniej płyty, dzisiaj można o kant dupy potłuc, bo mamy oto niebywale ożywczy zastrzyk brzmieniowego novum w lekko skostniałą formę. Drums And Guns brzmi odkrywczo, a przy tym bardzo na miejscu w obliczu wcale pokaźnej dyskografii zespołu. To co z pobieżnej perspektywy wydaje się ledwie melancholijnym krajobrazem rozpiętym na monotonnych wybrzuszeniach instrumentów perkusyjnych przy wnikliwszym spojrzeniu zdradza obecność maskujących siatek kryjących pod sobą garść precyzyjnie wycelowanych armat. Stanowiące kompozycyjną dominantę bębny (i w ogóle wszelakie instrumenty perkusyjne) na przestrzeni albumu zdradzają niebywałą wręcz różnorodność tekstur od żywych uderzeń werbli, po czysto mechaniczne trzaski z automatu, przy równoczesnym zachowaniu daleko posuniętej wstrzemięźliwości w zakresie wszelkich przejść i rytmicznych manipulacji. Między miarowo powbijane tyczki rytmu sączona jest treść melodyczna, jak zwykle w przypadku Low, celująca w objawianie się słuchaczowi za pomocą możliwie skromnej gamy akordów, zmian harmonicznych i… yyyyy dobra to ja może przestanę udawać, że wiem o czym mówię, mam nadzieję, że samą myśl załapaliście. W tym elemencie również ujawnia się nieporównywalna w skali z żadnym wcześniejszym krążkiem zespołu rozrzutność środków brzmieniowych, precyzyjnie podparta nastrojowymi poczynaniami wokalnymi Mimi Parker i Alana Sparhawka.

Co do jakości samych kompozycji, to oprócz otwierającego stawkę przeraźliwie elegijnego, nachalnie "natchnionego", przy tym wymykającego się poza troskliwe ramiona mojej cierpliwości drownowego bajdurzenia "Pretty People" i następującego po nim przekombinowanego w niecnym celu ukrycia beztreściowości "Belarus" jest dobrze, a miejscami wyśmienicie. I nawet cała ta wojenna zawierucha mająca niby przyświecać temu albumowi, umyka mi gdzieś miedzy rumianymi okazami songwritingu, które coraz trudniej naznaczyć stygmatem jedynego słusznego terminu w rodzaju slowcore czy tam inny sadcore.

Paweł Nowotarski    
10 grudnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie