RECENZJE

Louis Cole
Time

2018, Brainfeeder 6.7

Antyspołeczna estetyka celebracji niefajności, cringu i odrzucenia, pełna świadomego kiczu i jeszcze bardziej wciągających hooków. Witamy w powykręcanym stroboskopami świecie KNOWER Louisa Cole’a, powracającego z nowym solowym albumem, który ku zaskoczeniu słuchaczy schodzi nieco z jasno wyznaczonej przed laty ścieżki, wyraźnie przechylając się w stronę szalonej twórczości Thundercata. Co z takiego połączenia mogło wyjść?

Bez trzymania w napięciu: masa w przeważającej części interesujących kawałków – mocno eklektycznych, poczynając od wiadomych electro-popowych jazd na najwyższych obrotach ("Freaky Times"), po pełne charakterystycznych niebiańskich chórów, synth-popowe kawałki z silnie jazzowym feelingiem i lekką inspiracją neo soulem. Czasem czuć tu Maxa Tundrę, miejscami przy użyciu sporych nakładów wyobraźni można odkryć naszprycowane alter ego samego Becka (no spójrzcie na refren "Weird Part" czy na taki "Real Life"). Zabawy jest tu sporo, od klasycznie skonstruowanych kawałków pełnych powykręcanych w absurdalne kształty motywików, po rzucającą się w oczy nadreprezentację tych wszystkich ckliwych ballad i romansów utrzymanych w wyjątkowo ślamazarnym tempie ("Last Time You Went Away").

Głupio nazwać to odgrzewaniem kotleta. W porównaniu z solową poprzedniczką mamy tutaj ambitny stylistyczny progres i jeszcze bardziej radykalne poszukiwanie niebanalnych rozwiązań. Jedyne, czego mi tutaj brakuje, to tego maksymalizmu charakterystycznego dla Album2. Tej dynamicznej spójności i tkwiącego z tyłu głowy odczucia patosu i konceptu, które trochę tak głupio zestawiać ze wziętym z brzegu filigranowym "A Little Bit More Time" (swoją drogą będącym niestety fatalnym kawałkiem). Time w tym porównaniu brzmi jak zestaw przypadkowo poznanych ze sobą utworów, ułożonych losowym sposobem w dziwaczną i niespójną mozaikę. Oczywiście zaliczenie tego do wad jest kwestią dyskusyjną, wchodząc bardziej w problematykę prywatnych preferencji – przemożnego fetyszyzowania płyty jako organicznej, wysoce współzależnej struktury, a nie płyty-nośnika, który należy traktować jako potencjalny wór czekający na wypełnienie całą masą niezależnych od siebie bangerów i earwormów.

Time, nie jako koncept, ale jako ten worek, przyciąga trzema kluczowymi momentami:

– Momentem "Tunnels In The Air", w którym Thundercat, z interesującym skradzionym bezpośrednio z Apocalypse klimatem, panoszy się na nie swojej płycie.

– Obłędem zakrawającym o kryminał, w jaki podkręcany nerwowymi smykami refren Knowerowskiego "When You Ugly" wkrada się do ucha.

– Przeraźliwą "niefajnością" katowanego do nieprzytomności "Things", na którym Louis wydaje się nagi oraz najbardziej naturalny na przestrzeni całej swojej kariery. Taki niedzisiejszy i bezbronny. Najlepszy pełen antyironii kawałek na płycie – piękna sprawa.

Gdybym miał zatem streścić, czym jest ten album, powiedziałbym wprost, że efektem przepychania się tych trzech powyższych pierwiastków (Thunder, KNOWER i sam gospodarz). Efektem wysoce udanym, niestety w przeważającej części zbyt chaotycznym i niekonsekwentnym, nie wiedzącym co z sobą właściwie zrobić.

Pomimo tego, to generalnie jestem na tak. W końcu to polepszające samopoczucie doświadczenie i przez to cieszę się, kiedy od czasu do czasu obcowanie z kolejnym kulturowym dziełem, próbującym określić aktualny stan człowieczego ducha, nie kończy się przemożną chęcią zrównania z ziemią całych cywilizacji w akcie humanitarnej łaski*. Time to lekkość, wzruszenie i przyjemność. Radość życia, niebędąca karykaturalną formą jakiegoś mokrego snu średniorozgarniętego korporacyjnego coacha, ale dominującą przez całość trwania jaskrawą zgrywą z utartej formy, ukradkiem barwioną drobną nutą powagi i nieustępliwego niepoprawnego optymizmu. Czyli to, czego moglibyśmy się spodziewać po klasycznym i nad wyraz słodko infantylnym rock'and'rollowym zespole późnych lat 60., przefiltrowanym cybernetycznym zmysłem XXI wieku (raz jeszcze "Things", "After The Load Is Blown") na nową modłę – odświeżające 45 minut, będące kolejnym dowodem słuszności wyznawania muzycznej figury Louisa: tego zacnego freaka.

*Czyli dla przykładu odczucie towarzyszące ostatnio oglądanym Wrotom Niebios. Dość depresyjne i zdecydowanie fatalistyczne kino. Jako film faktycznie dłuży się niemiłosiernie i męczy straszliwie widza, ale ta krytyka, z jaką się spotkał, w moim skromnym odczuciu była chyba trochę nad wyraz okrutna. Cieplutko pozdrawiam – twój codzienny internetowy offtop.

Michał Kołaczyk    
28 sierpnia 2018
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi