RECENZJE

Lotus Plaza
The Floodlight Collective

2009, Kranky 6.9

MZ: Ja nie wiem, poczułem się staro. Odnoszę wrażenie, że gdybym parę lat temu zaobcował z tak uroczym, onirycznym krążeniem wokół shoegaze'ów, cosmic americany, psychodelii etc., zamiast wybrzydzać, szykowałbym ochraniacze na pielgrzymkę do Częstochowy. Teraz, po Animal Collective, takie dzieło już nie kopie, nawet jeśli zajebiste jest (niezależnie od wszystkiego, Deerhunter będzie kojarzył się z Pendragonem).

KFB: Druga ćwiartka Deerhuntera próbuje wyjść z cienia kolegi Coxa, wydając bardzo mocny, ale chyba mimo wszystko niezbyt należycie doceniony przez zachodnie media album. Tymczasem debiut Locketta Pundta to całkiem zgrabna próba oddania małego hołdu idolom z czasów dorastania – My Bloody Valentine czy Stereolab chociażby. Szczerze mówiąc, wracam do tej płyty częściej niż do Logos z prostej przyczyny – raz, że bliżej mi ideologicznie do klimatów prezentowanych przez Lotus Plaza, dwa – co by nie mówić, to po prostu wyżej stawiam debiut Atlas Sound nad tegorocznym nowym krążkiem, który mnie nie porywa.

Jak na taką muzykę to lekko zaskakujący jest fakt, że na The Floodlight Collective praktycznie brak materiału do skipowania. "Wszystko układa się w jedną czytelną myśl" po prostu, tworząc krążek, do którego chyba warto wrócić w obliczu końcoworocznego podsumowania.

PM: Szczerze mówiąc, po autorze najfajniejszego na Cryptograms "Strange Lights" i muzyki (nie mylić z tekstem!) do "Agoraphobii" spodziewałem się czegoś, co radykalniej odbiegać będzie od przestronnej, hipnotyczno-repetytywnej twarzy Deerhunter (eksponowanej przez Coxa pod swoim kartograficznym pseudonimem też). Oh well; przynajmniej nie mogę przyczepić się do jakości całego przedsięwzięcia, bo kompozycje te nieuchronnie wciągają/rozczulają, ustawicznie balansując na granicy interesujących/ślicznych. Co z tego, że "Sunday Night" to "Bite Marks"; ja lubię "Bite Marks".

JB: Królestwo temu, kto potrafi zrozumieć, jakimi prawami rządzi się ewolucja narodu brytyjskiego. No bo jak niby wytłumaczyć, że społeczeństwo, które wymyśla shoegazing, chwilę później nabiera się na Oasis? Na szczęście okazało się, że poza Imperium też żyją dobrzy ludzie, którzy gotowi są przygarnąć porzucony gatunek. Niektórzy z nich są na tyle wspaniałomyślni, że za niewielką cenę recki na pitchforku, dokarmią shoegaze'a odrobiną własnej inwencji, inni, niestety, postanowią go tylko niemiłosiernie wykorzystać. Lockett Pundt wydaje się być praworządnym obywatelem, który nigdy nie miał do czynienia z Interpolem.

Debiut Pundta brzmi odrobinę tak, jak mógłby brzmieć następca Everything Wrong Is Imaginary, gdyby Lilys miało zamiar podbić gusta przeciętnych, amerykańskich indie-słuchaczy (Animal Collective, Deerhunter), a nie tylko poświadczyć o pokrętnej wyobraźni Heasley'a. Oczywiście mowa tu o mniej wyraźnych, skondensowanych i, wreszcie, mniej 60'sowych dokonaniach zespołu (fragmenty: In The Presence Of Nothing czy Eccsame The Photon Band). Na szczęście, w przypadku The Floodlight Collective, można też liczyć na drobne niespodzianki: podniosła miniaturka "These Years" sytuuje się gdzieś pomiędzy pierce'owskim Pure Phase a "digikralnym" "In Church" M83 (utwór tytułowy też delikatnie czerpie od Francuzów) a takie "Sunday Night" zaczyna się wręcz w Orbowym stylu. Kończące "A Threaded Needle" zaczyna się, niby, nazbyt deerhunterowsko, ale wywija się sprytnym posunięciem w nawarstwianie i multiplikację. The Floodlight Collective jest więc płytą wymagającą, ale też taką, która wymaga, by nie wrzucać tego projektu do wora: "Sideprojecty", lecz raczej wpisać na listę tych, którym warto przyglądać się z uwagą.

Jan Błaszczak     Kacper Bartosiak     Patryk Mrozek     Michał Zagroba    
9 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja