RECENZJE

Lotto
VV

2017, Instant Classic 4.7

Na pewno mieliście tak kiedyś, że po przesłuchaniu płyty nie byliście w stanie w merytoryczny sposób opisać swoich odczuć. Mogło to być spowodowane niespodziewanym zachwytem, oszałamiającym doznaniem, bądź też kolosalną porażką związaną z niespełnionymi oczekiwaniami. W przypadku najnowszego wydawnictwa założonego w Gdańsku tria moją dominującą emocją podczas słuchania okazała się… obojętność. "Ale jak to, przecież mamy do czynienia z rewelacją polskiej alternatywy! Jak można się tym nie zachwycać, skoro zagraniczne media – jak The Quietus – poznały się na genialności Lotto!". Genialności zespołu nie podważam, ale ewidentnie po prostu nie wszystko, co wydają, musi być przełomowe, ważne i kanoniczne.

VV jest nowym albumem podopiecznych Instant Classic, których w zeszłym roku obdarzono tytułem jednego z najbardziej ekscytujących polskich projektów, wyhajpowano ponad miarę, a album Elite Feline wylądował na pierwszym miejscu plebiscytów w końcówce tego roku, m.in. u GW i Beehype. I jak tu okiełznać syndrom drugiego albumu (choć tak naprawdę trzeciego)? Muzyka niby powinna bronić się sama, nie zważając na całą otoczkę wokół niej. Ale czy rzeczywiście w tym przypadku się broni?

Mówi się, że Lotto nagrało zupełnie inną płytę niż poprzednia. Oczywiście skłamałbym, gdybym nie uznał, że jest w tym nieco prawdy. VV czerpie z muzycznych wrażliwości trzech wspaniałych muzyków, a ich pomysły zmaterializowały się w całkiem spójną całość. Odchodząc od konwencjonalnego setupu gitara-bas-perkusja, muzycy – lekko zmieniając instrumentarium – zmierzają w kierunku ambient noise’u, wplatając w to elementy industrialu (charakterystyczne brzmienie perkusji Szpury). Jest więcej utworów, dźwięków i pomysłów niż na poprzedniej płycie, ale nic arcyciekawego z tego nie wynika. Tak naprawdę zespół cały czas siedzi w transowym, monotonnym minimalizmie, ograniczając się do małych fraz czy motywów, które potem stanowią filar całego utworu. W pierwszym utworze dominuje mroczna i posępna atmosfera, ciągnąca się przez resztę albumu. Z ambientowej chmury wyłania się transowa, statyczna zagrywka na werblu. Kiedy wydaje się, że będzie dążyła ona do jakiejś kulminacji, momentalnie ścisza się i ulatnia. A szkoda, bo przez to zamiast pozwolić wejść w trans, utwór po pewnym czasie zwyczajnie się nudzi.

Czego nie można powiedzieć o najlepszym momencie płyty, jakim jest motoryczny, wybrany na singiel "Heel", który wreszcie pokazuje, na co stać Lotto. Niemalże zsamplowana linia kontrabasu wraz z nerwowym hi-hatem trzymają cały utwór w ryzach, a gitara wydaje makabryczne dźwięki, prosto z najgorszych koszmarów. Napięcie i niepokój rosną i rosną, nie osiągając nigdy kulminacji, ale po takiej grze wstępnej to nawet orgazm niepotrzebny. Singiel opatrzono paranoidalnym klipem, bez którego nie powinno się w ogóle podchodzić do utworu. Aż szkoda, że reszta albumu tak znacznie odbiega poziomem, bo inaczej z chęcią dołączyłbym do grona ultrawyznawców Lotto. 15-minutowe "Ote" znika w tej samej nieruchomej mgle, która zapoczątkowała VV. To, czego uważny słuchacz doświadcza, to objawienie w nocy, gorączka w najgłębszym śnie. Pod koniec utworu słychać kliknięcie - wciśnięty pedał, może migający przełącznik – jakby chcący wytrącić ostatni ślad światła.

Byłem na koncercie Lotto i to, co ci trzej panowie razem potrafią wykreować na scenie, jest absolutnie niepodrabialne i bardzo ludzkie. Jednak kiedy słucham VV, to jakoś tego nie czuję, niestety. Ogromna szkoda, że panowie na razie nie są w stanie tego żywiołu przełożyć na solidny album, który również zapierałby dech w piersiach – tak jak ich enigmatyczne show. Może byłaby to dobra muzyka filmowa do jakiegoś skandynawskiego dreszczowca, ale czy może się obronić jako osobny byt? Tę kwestię pozostawiam już Wam.

Adam Kiepuszewski    
21 grudnia 2017
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25