RECENZJE

Loscil
Endless Falls

2010, Kranky 5.5

Ostatnio przestałem o siebie dbać, ale działo się to w dość przyjemnych okolicznościach. Sprowadziłem na siebie nową, intymną epokę lodowcową, odhumanizowanie godne ery personalizacji. Pozwalałem się oszraniać i przenikać szpik chłodem glacjalnej trackliście, na którą składały się polarne flirty Biosphere ze slow core’m, bezludny, epicki dark ambient Oöphoi, izolacjonistyczny, wycofany industrial drone Lull, pionierski "Stalker" Artemieva, lodowe minimale w rodzaju Panthy Du Prince’a i The Field. Mood był więc jak najbardziej stosowny do ogarniania nowego albumu drugiego w nieodległym czasie po Teen Daze’ie mieszkańca Vancouver na moim porcysowym celowniku, Scotta Morgana. Jednak mimo tak sprzyjających warunków i wielu przesłuchań Endless Falls, nie znalazłem w nim dostatecznie wiele satysfakcjonującego materiału. A chciałem sprezentować Morganowi chociaż szósię – ale przyznał się, że nie czytał wielu klasycystycznych partytur. Zostawił mnie więc na lodzie/wodzie z szacunkiem i smużkami gdzieniegdzie podłapywanych ciekawych wrażeń. Inna sprawa, że te smużki mają ciekawą właściwość nieulatniania się w krótkim czasie. Dlatego w rozkminie nad oceną tego albumu nawiedziła mnie myśl o pojęciu wybitnego albumu piątkowego. Postaram się oddać wrażenia, które za tą myślą stoją murem (takim, jakich wiele ustawiał Lech w zremisowanym wyjazdowym meczu z Juve – będącym dodatkową okolicznością, która podbija mój recenzencki humor).

Formalnie nie ma tu przełomu do odnotowania, Morgan oddalił się na krok czy dwa od centrum obszaru przed laty ogarniętych rozwiązań, jak miękko dronowo-ambientowo-minimal dubowe/techniawkowe brzmienie dominujące na konceptualnym, Gaso-podobnym Submers, najlepiej przyjętym LP Kanadyjczyka. Nadal lubi on z miną sfinksa zadać hydrozagadkę, ale tym razem chciał jeszcze pokazać, że wiele więcej z tego, co ambientowe lub do ambientów zaciągane potrafi wyrzucić za burtę i zamienić w podwodny skarb dla uważnych nurków. Już neoklasyka w otwierającym całość tytułowym, rozpatrywana w kontekście tego, co wcześniej prezentował Loscil, skłania do widzenia w tym utworze testu własnej dojrzałości, efektu podjęcia próby odciśnięcia własnego piętna w prostej, z założenia szlachetnej formie. No ale nie wiem, czy sięga to poziomu alchemicznej sublimacji. Bardziej, zachowując proporcje, kojarzy mi się z oratoriami może nie Rubika, ale gdyby po tę formę sięgnął... no, Scott Morgan, haha. To znaczy, Scott Morgan nie przekonuje w ciągu tych paru minut otwieracza, że sprawdziłby się jako roboci partner Arvo Parta do szachów, imo. Bo gdyby nie zapowiedź zawarta w tytule innego utworu, "Dub for Cascadia", ten ponury, jednostajny motyw mógłby sugerować, że Morganowi zachciało się być Jacaszkiem. Ale już w drugim indeksie, "Estuarine", elementy elektroniczne równoważą neoklasyczną zwieszkę – tym razem w wydaniu na pianino. Na szczęście, bo jak na razie późnojesiennemu zsyłaniu przez Morgana słuchaczy do nadmorskiej posiadłości kogoś w rodzaju digitalnego odpowiednika wspomnianego Estończyka, czy Johna Tavenera daleko do najbardziej nęcących z tortur, jakie ma do zaoferowania. Powolne, rytmiczne duszenie (to bardzo mi się podobające określenie z recenzji First Narrows z Dusted po prostu musiałem podwędzić) wychodzi mu o zachmurzone niebo lepiej. A w bardziej wyrazistym, krystalicznym plumkaniu sprawdza się pozostając przy większym stężeniu syntetyków, vide "Rorscharch" z Plume. Morgan nie tylko z reguły brzmi mniej ciekawie, niż inni, z którymi wystawia się na porównania poprzez dobór form, ale też często nie sięga własnych dawniejszych osiągnięć lub czerpie z nich z właściwie minimalną dawką progresji.

Bo nawet dla intrygującego, skokowo "szorującego" podkład głównego motywu z "Lake Orchard", jednego z dwóch najlepszych utworów z tegorocznego LP, można bez trudu wyśledzić loscilowe rodzeństwo, choćby w tle "Lucy Dub" z First Narrows, gdyby tylko temu drugiemu dać do odegrania rolę pierwszoplanowej soft dronowej miotły przemieszczającej się po pokładzie futurystycznego ambientu zalanego mlecznym, niech będzie, że post-vermeerowskim światłem. Odnośnie przeklejonych inspiracji jeszcze, początek "Lake Orchard", który dalej zamienia się w tło, to jakby nocne seanse z And Their Refinement of the Decline.

Ale, ale, akurat tu zaangażowanie najemnych motywów się opłaciło. Jedną z estetyk, które cenię u Morgana, należącą do cech szczególnych jego soundu, jest umiejętność czynienia elementów industrialnych onirycznymi, odsyłaniu ich w tereny mogące kojarzyć się na przykład ze Strefą z Pikniku na skraju drogi. Lasy iglaste półkuli północnej, trzęsawiska, łąki i zagubione pośród nich artefakty pozaziemskiego pochodzenia: taki ambient industrial jak w "Steam" z Plume (wcale nie jakiś szczególny przykład, pierwszy z zamglonego brzegu), czy właśnie z "Lake Orchard" jest naprawdę całkiem spoko.

W ogóle jaśniejsza tonacja wychodzi na Endless Falls ciekawiej. Tak dochodzimy do mojego ulubionego "Fern and Robin": gdybym scrobblował, to ten track miałby szanse doścignąć pod względem ilości przesłuchań takie "Chic in Egypt ‘74" Phantom Power (> Soft Powers), które jest ostatnio moim sporym hitem. Ale "wracając do ad rem", "Fern..." brzmi dla mnie jakby Morgan w życiu płodowym przebywał w macicy Laurie Spiegel. Dwa powtarzające się w swojej bliskości, proste sygnały pikające i plumkające na leniwym tle z wyjątkowym wdziękiem przywołują archetyp niespiesznie upływającej, delikatnie słonecznej, porannej idylli. Jako fan tego utworu dokładam do materiału skojarzeniowego jeszcze field recordings z moich dziecięcych wspomnień i, by wrócić do macicy, dzieciństwo "muzyki komputerowej". Chciałbym na tym albumie usłyszeć o wiele więcej takich subtelnych nawiązań – opozycyjnych do tego, co słychać w "Endless Falls", któremu niedaleko do zamienienia instrumentu klasycznego w łopatę. A "Fern..." naprawdę siódemkowa rzecz, która wraz z "Lake..." i dwoma lepszymi, niż pozostała reszta "Dub for Cascadia" i "Showers of Ink" mogłaby złożyć się na mocno szóstkową EP-kę. Przychodzi mi jednak wartościować nie mini wydawnictwo mojego Loscil, rządzącego przy ostatniej pogodzie, tylko Loscil Scotta Morgana. Łączenie wody ambientowej z wodą minimal beat’ową tym razem tworzy ogólnie za mało porywający nurt. Krzyżowanie wody z płomykami podbieranymi z industrialnego pieca też – przeważnie – nie imponuje, bywało lepiej. A nieśmiało, na doczepkę wprowadzony neoklasycyzm – by symbolicznie po raz trzeci ofuknąć brak wyczucia – jest tu raczej mokrym drewnem.

Jednocześnie przy całym krytycyzmie, jaki Endless Falls we mnie wyzwala, wystawiam go z mixem uczuć na inny niż mój odbiór tego konkretnego pięć i pół. To bardziej wymuszona statystyką piątkawość, niż zastygła, bezapelacyjna piątkowość. Piątka, którą przybijam.

Andrzej Ratajczak    
17 września 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja