RECENZJE
Lone - Reality Testing

Lone
Reality Testing

2014, R&S 7.1

"Am I dreaming? Am I awake?", tego Lone zdaje się stale nie wiedzieć. Jest jednak wyjątkowo pomocny w wyjaśnianiu bardziej konkretnych kwestii związanych ze swoją muzyką. To typ autora, który aurę woli zachować dla dzieła i w nim zawrzeć sedno, starając się nie mnożyć bytów ponad miarę określoną przez sferę dźwięków. Niczego nie ukrywa. Ale pomimo starań nie jest w stanie wyznaczyć dla tej sfery sztywnych ram. Jego muzyka jest jak projekcja domagająca się uzewnętrznienia przez zupełnie niezgodny kanał, do którego dostęp umożliwia Cutlerowi senna rzeczywistość: "I do hear music a lot in my dreams", mówi w wywiadzie dla Dummy. No kto by się spodziewał. W pewnym sensie albumy Brytyjczyka przybierają formę wizualną. Kolor chociażby, jak wiemy, odgrywa w nich ważną rolę. Takie przemyślenia nie burzą jednak, o dziwo, wrażenia całkowitej kontroli jakiej jego twórczość podlega, w tym wrażenia jej ustandaryzowania. Lone nigdy nie rezygnuje z sięgania do właściwego sobie dźwiękowego alfabetu. Nawet jeśli geneza kolejnych wydawnictw okazuje się nie do końca jasna, inspiracje muzyczne są jawne i zazwyczaj czytelne, co w jakimś stopniu świadczy też o ich przewidywalności.

Przy okazji wydanego w ubiegłym roku singla wspomniałem o linearnym rozwoju i konsekwencji tychże. Chociaż Reality Testing można potraktować jako odwilż, wyraźnie kontrastującą z nasyconym alter-tanecznością Galaxy Garden, w wypadku nowego albumu podstawy nadal nie ulegają naruszeniu. Krąg zainteresowań to ciągle symptomatyczny zestaw klasyków techno, house'u i hip-hopu, ulegający aberracjom dyktowanym nostalgią. Kultywowanie dzieciństwa i własny język, który na wspomnieniach ma się opierać, niejako tworzy płaszczyznę porównań dla postaci Joana Miró: różnica polega na tym, że Lone nigdzie ze swoją twórczością nie zmierza. Rok 2012 ukazał muzyka osiągającego formę bliską temu, do czego Katalończyk nie zdołał się zbliżyć w obrębie własnego stylu – jej pełnego wyabstrahowania. Mimo tego, że, jak twierdzi, owa forma powstała niemal przypadkowo, a do pracy mobilizował go deadline wyznaczony przez R&S. Nie mam powodów, by w to nie wierzyć. Ale wygląda na to, że z mobilizacją jest Mattowi na Reality Testing już zupełnie nie po drodze. Zasada kontrastu pewnie tu nie pomaga, bo nikomu przecież nie podoba się rezygnacja ze śmiałych poczynań na rzecz benefisu. Ale ja przesłuchałem właśnie wszystkie płyty i wiem, że to benefis pozorny.

A więc ponownie przyglądamy się ulotnym melodiom i ich nieco już mniej pulsacyjnym, tworzącym mgławice nawrotom. Jednak od początku bardzo wyraźnie zaczynają tu dominować bity. Bity hip-hopowe, ale nie tylko, żeby była jasność. Popalone, synkopujące, bujające podkłady pod Cutlerowskie marzycielstwo w oprawie retro, bliskie tym od Scotta Herrena (“2 is 8”) oraz J Dilli ( “Meeker Warm Energy”), zupełnie pogmatwany “Restless City”, czy nawiązujące do Underground Resistance szlachetne “Aurora Northern Quarter”. Wypadające w połowie “Airglow Fires” nadal odbieram jako emanację singlowego konkretu, utwór i tu stanowi highlight, do którego dobrze się wraca. Dalej “Coincidences”, kompozycja na wzór osobistych zapisków wyciągniętych z cyklu City Lights Matthijsa Rooka, które przechodzą w ciepły lounge oraz “Begin To Begin”, któremu po wyciszeniu można by zrobić miejsce w samym środku Midtown 120 Blues. Wraz z “Vengeance Video” numer zaciąga też spory dług u Future Sound EP Juana Atkinsa.

Spadku jakości czy odgrzewania czegokolwiek tutaj nie widzę, ale też nie widzę sensu, żeby widzieć. Nie w przypadku muzyki Cutlera. Wiadomo, ciężko było wyobrazić sobie płytę bardziej oryginalną od tej poprzedniej, mając na uwadze konserwatyzm jej autora. Reality Testing nie jest jednak powrotem w znaczeniu poddańczym. Lone nie kapituluje wobec wielkości swojego szczytowego osiągnięcia, tylko się nim nudzi, co zresztą nie raz podkreślał. Przewrotny to typ. Zresztą sam bitmejking uległ tu już wywłaszczeniu spod mglistej powłoki pierwszych płyt i na nim skupia się większość uwagi, czego paraliżem nie można nazwać. Brytyjczykowi zawsze należy się solidny odsłuch i tym razem też warto dać mu szanse, bo niespodziewanie album może okazać się sporym growerem.

Krzysztof Pytel    
23 lipca 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja