RECENZJE

Lone
Levitate

2016, R&S 7.2

Matt Cutler po raz kolejny zanurza się w odmęty rave'owej nostalgii, ale robi to na tyle dobrze, że ciężko mieć mu za złe brak artystycznej wolty. Jego najnowszy album to efektownie przygotowana, zwarta konstrukcja, zainspirowana dokonaniami brytyjskiej sceny elektronicznej lat dziewięćdziesiątych. Spektrum dźwięków zaprezentowanych na Levitate jest jednak na tyle bogate, że artyście z Nottingham udaje się uniknąć powtarzania schematów zainicjowanych przez jego idoli. Poprzez scalenie energii połamanych rytmów z surrealistycznym ambientem, autor Galaxy Garden nadaje całkiem nowego smaku dobrze znanej estetyce. Unikalne podejście widać również w specyficznym traktowaniu materiału źródłowego. Lone stroni od przerysowanego pastiszu i proponuje odbiorcy zapierające dech w piersiach doświadczenie, manifestujące szczerą miłość do gatunku.

W jednym z ostatnich wywiadów, brytyjski producent stwierdził, że pomysł na płytę pojawił się podczas dni spędzonych w łóżku w towarzystwie wysokiej gorączki. Naszpikowany lekarstwami muzyk układał sobie w głowie fragmenty kompozycji, niczym Brian Wilson z The Beach Boys. Wszystkie te dźwięki miały w sobie witalność twórczości The Prodigy przefiltrowaną przez mistyczność snu na jawie. Specyficzny oniryzm słyszany w utworach znajdujących się na Levitate, stanowi jedną z największych wartości dzieła Cutlera. Fantasmagoryczność takich kompozycji jak Vapour Trail czy Hiraeth wyróżnia płytę na tle większości typowych wydawnictw tego typu. Prekursorzy połamanych rytmów byli bowiem głównie artystami singlowymi, sprawdzającymi się najefektowniej podczas klubowych eskapad. Na najnowszym albumie Lone potrafi połączyć imprezową atrakcyjność z nowymi rozwiązaniami, które korzystnie wpływają na odbiór całości. Breakbeat to już nie tylko krótkotrwały zastrzyk adrenaliny, ale również wypadkowa fonicznych doznań wykraczających poza kilkuminutową przebojowość.

Mimo hołdowania znanej stylistyce, Lone nie skupia się na powtarzaniu koncepcji wprowadzonych przez swoich mistrzów. Zamiast banalnego naśladowania, mamy do czynienia z dekonstrukcją całego gatunku. Co ciekawe, brak tu jakichkolwiek elementów przerysowania, którymi tak często posługuje się większość apostołów muzycznego rewiwalizmu. Robienie sobie żartów zdaje się być nie na miejscu, w sytuacji gdy nawet najbardziej przestarzałe idee pionierów są traktowane ze śmiertelną powagą. Cutler jest oczywiście absolwentem szkoły postmodernizmu, ale bardziej w stylu Nicolasa Windinga Refna niż braci Coen. Ta bezpretensjonalna postawa wpływa na wysoką jakość finalnego produktu, zdolnego uchwycić esencję pewnej epoki bez uciekania się do taniej karykatury.

Według tradycji chrześcijańskiej lewitacja ma związek z odrodzeniem cielesnym oraz duchowym. Ten mistyczny akt pozwala na metafizyczne odrodzenie będące początkiem nowej drogi życiowej. Tytuł dzieła Brytyjczyka zwiastuje więc zmartwychwstanie przebrzmiałej stylistyki i przywrócenie jej do świadomości współczesnego słuchacza. Paradoksalnie, te nekromanckie próby stoją na znacznie wyższym poziomie niż pierwowzory. Dzięki niepohamowanej kreatywności, Levitate to nie tylko antologia wspomnień, ale też post postscriptum do zapisanej wcześniej historii.

Łukasz Krajnik    
2 sierpnia 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie