RECENZJE

Locust
Plague Soundscapes

2003, Anti 5.3

Zastanawiające, jaką moc przekazu może mieć ksywka będąca jednocześnie zatwierdzonym przez państwo imieniem. Na mojego kumpla z klasy wołaliśmy Marian. Prawda, że fakt ten daje szeroki obraz postaci? Niezbyt rozgarnięty, leniwy, przeciwieństwo playboya, klasowy kozioł ofiarny. Krótko mówiąc kandydat na robola. Jakiej muzyki słucha Marian? Możliwości są cztery: uwielbia: a) techno; b) metal; c) polski hip hop z Fu na czele; d) radio Eska (gdzie "szaleje wakacyjna imprezka"). Ja trafiłem na Mariana pierwszej z powyższych kategorii. Niekiedy raczył mnie opowieściami o tym, co go "rozjebało" w dniu poprzednim. "Stary, kurwa! Na Radiu Dla Ciebie wczoraj szalał jakiś chory, kurwa, DJ! Osiem godzin mega zajebistego bitu! Stary, kurwa! Leciała też nowa płyta Brooklyn Bounce, nie jest już tak wykurwista jak ta stara, rozumiesz, ten bit już nie jest taki intensywny jak kiedyś. Kiedyś, to oni tą padaczką chorą rozjebywali, stary!".

Zacząłem zastanawiać się, czy przypadkiem przeciętny fan kalifornijskiej formacji Locust nie jest punkowo-metalową odmianą Mariana już od pierwszych mini sekund openera "Recyclable Body Fluids In Human Form". Długo pozostawało wrażenie, że jedynym celem odzianych w obcisłą tkaninę panów ze zdjęcia z wkładki Plague Soundscapes, jest gitarowa intensywność, "chora padaczka", jak by określił to Marian w wersji "b". Skoro jednak na album ten wydane zostały pieniądze, błędem byłoby szybkie poddanie się, zwłaszcza, że przebrnięcie przez jego paranoję może zająć niektórym mniej czasu niż przeczytanie składających się nieraz z kilkunastu wyrazów tytułów utworów. Krążek trwa bowiem jedynie dwadzieścia jeden minut. I tak niemal dwa razy dłużej niż debiut zespołu (The Locust z 1999 roku), który zaskarbił kapeli zagorzałych fanów, widzących w niej pierwszy symptom nadejścia ery nowego hardcore-punku.

Po kilku godzinach (z początku dosłownego) katowania płyty patrzę na Locust przychylniej. Po pierwsze, przy karkołomnej koncepcji, która zdaje się polegała na udźwiękowieniu książek Wiktora Suworowa o metodach szkolenia oddziałów Specnazu, abstrakcyjnym jest mówienie o czymś takim jak melodia. Plague Soundscapes odważnie jednak przeczy tej tezie. Trzydziestoczterosekundowy "Practiced Hatred", choć idealnie obrazuje scenę rozpruwania przez żołnierza żyletką brzucha ciężarnej kotki (i jak taki człowiek może mieć potem opory przed wykonaniem rozkazu poderżnięcia komuś gardła? zwyczajnie nie może), jednocześnie zawiera perkusyjno-klawiszowy motyw, którego jakości pozazdrościłby niejeden rockowy band. "Live From The Russian Compound" nawet nie tylko skojarzeniami generowanymi przez dźwięki nawiązuje do rosyjskich oddziałów specjalnych (które tym razem piłują jeńcom zęby), czyniąc to także tytułem. Znów dochodzi do sprzeczności: w piosence tej z krańcowych odmian gitarowych sprzężeń i wybijającego z normalnego funkcjonowania ryku wyłania się najprawdziwsza w świecie bardzo dobra melodia.

Gitarowe bluzgi podrasowano elektronicznymi skwirczeniami, co zaskakująco uszlachetnia wszechobecny tu nastrój grozy, pomagając płycie oddalić zarzut prymitywizmu. Postawienie go może prowokować fakt ogromnego podobieństwa utworów. Pomimo kilkunastu przesłuchań tak naprawdę ciągle podchodzę do Plague Soundscapes jak do jednego wielkiego kawałka, skondensowanego zbioru zagrań (gorszych i lepszych). Gdyby nie sekundy ciszy, iście czarodziejską sztuczką byłoby wyznaczenia momentu, w którym dajmy na to "Late For A Double Date With A Pile Of Atoms In The Water Closet" i jego bombardowanie napalmem przechodzi w ćwiartowanie ciał z "File Under 'Soft Core Seizures'". Albo taki był zamiar, albo świadczy to o szwankowaniu kreatywności zespołu. Trudno określić, co w większym stopniu deprecjonuje Locust.

Argumentem mogącym przemawiać za Plague Soundscapes jest walor komiczny. Ten album jest po prostu genialnie śmieszny. Po pierwszym kawałku myślisz sobie, że nie ma większych pojebusów niż ci kolesie; okazuje się jednak, że są – to znów oni, tym razem jednak w drugim utworze (zgodnie z zasadą z jakiejś starej bajki: co jest lepsze od naleśnika z bitą śmietaną? dwa naleśniki z bitą śmietaną!). I tak po kolei, każda sekunda krążka to dowód na nieogarniętą niepoczytalność jego twórców. Rozwijają mięśnie brzucha zresztą same tytuły. Co powiecie na "Priest With The Sexually Transmitted Diseases Get Out Of My Bed"? A "Pulling The Christmas Pig By The Wrong Pair Of Ears"? Oczywiście zabawa w słuchanie Locust może się szybko znudzić, zaręczam jednak, że każde przypomnienie sobie tej płyty będzie okraszone porządną dawką śmiechu.

Podobno Locust kochają tworzyć muzykę. Wydaje mi się to równie prawdopodobnie, co miłość Sightings do popu oraz wiejskiej ciszy. Nadrzędnym celem pomysłodawców Plague Soundscapes pozostaje bowiem wyraźnie demolka, a środki mające do niej doprowadzić zależą od widzimisię członków kwartetu. Z tego powodu krążek powtarza przywarę Burn, Piano Island, Burn! Blood Brothers: mimo najszczerszych chęci trudno dopatrzyć się tu wystarczającej ilości dobrego songwritingu, chwilami nie jest on w stanie przebić się przez krwawą plazmę dźwięku. Choć solidny, również i aspekt śmieszności nie podciąga albumu ponad status ciekawostki dla ludzi normalnych, a lektury obowiązkowej jedynie dla Marianów grupy "b" oraz garstki nieokiełznanie agresywnych odrzutków, którzy na śniadanie jedzą gwoździe, na obiad surowe świńskie jelita, a na kolacje upijają się "Kretem" do udrażniania rur.

Jędrzej Michalak    
3 grudnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy