RECENZJE

Liz Phair
Liz Phair

2003, Capitol 0.5

W dzisiejszym wydaniu rubryki "Ludzie O Ludziach" zaprezentuję państwu odpowiedzi członków klubu "Muzyka łączy pokolenia" na zadane w dniach 10-13 sierpnia 2003 pytanie: Kim dla pani / pana jest Liz Phair. Impulsem do tej publikacji była świeżo wydana propozycja urodziwej skandalistki. Moją osobistą ambicją będzie natomiast przybliżenie polskim melomanom tej intrygującej postaci, a także dostarczenie garści informacji o wspomnianym wydawnictwie. Nie zwlekając, zapraszam do lektury.

- Ale jak to kim jest dla mnie? Pewnie chodzi po prostu o nową, tylko to taki zabieg, żeby wykrzesać z ludzi szczerość? Wiesz, ja dostrzegam takie rzeczy, więc może powiem po prostu jaka to płyta. Niech pan tylko spojrzy. Jej nowe piosenki cyklicznie oferują prosty schemat. Na bazie przesterowanych riffów skradzionych z Mellon Collie ("Extraordinary", "Rock Me") spotykają się gitarowe, oklepane tematy, wskazujące na inspirację takimi siksami, jak Sheryl Crow czy Meredith Brooks. Ale proszę się nie śmiać. Niech skończę. Są też syfne elektroniczne wkładki, niechybnie dzieło jakichś niedorozwojków. Melodie plastikowych klawiszy ("Love / Hate"), oraz wokal będący nie tyle rzeczywistym głosem Liz (konkretnie, stary dobry głos Liz pojawia się raz, w pierwszym wersie "Little Digger", prawdopodobnie niedopatrzenie producentów), co studyjnym koktajlem wyżej wymienionej z Avril Lavigne i Shanią Twain. Jedna z najgorszych płyt jakie znam, z pośród tych, których nie wstyd oceniać.

- Ach Liz, dla mnie to archetyp bezpruderyjnej niezal-piosenkarki. Ta diablica się nie czerwieniła. Otwarcie mówiła o swojej seksualności, żądzach. Ale nie żadna suka. Raczej brutalnie szczera, bezpretensjonalna, dojrzała kobieta, szukająca odpowiedzi na dręczące ją pytania. Wiesz, niejedna piosenkarka już szokowała, ale to właśnie Liz była przy tym kompletnie niezależna i oryginalna. Miała swój styl, za to ją bardzo cenię. No a poza tym przecież kultowe "Everything you say is so obnoxious, funny, true and mean / I want to be your blowjob queen". Heh, to jest nie tylko cholernie śmieszne, ale też wdzięczne i jakimś cudem dziwnie przejmujące. Nie wiem, może pana zanudzam, ale Guyville, mimo że wszystko było tam na pozór powiedziane wprost, pozostawiało słuchacza skonfundowanego. Liryczna nutka goryczy, cynizmu, wprowadzała niedopowiedzenia, niejasności. To było piękne, niezapomniane dzieło. A co wiem o dzisiejszych losach Liz? Niewiele, choć wszyscy mówią, że zmieniła się nie do poznania. Słyszałem raptem Whip-Smart i przeczuwając co się święci zaprzestałem śledzenia jej dalszych poczynań. Może przesadzam, bo to całkiem przebojowa mieszanka, która świetnie sprawdzi się jako tło do domowego melanżyku z gatunku "sausage-party", ale zwrot w stronę tandety pop jest jaskrawy. Czego uszy nie słyszą, tego sercu nie żal. Wole nie znać i nie mieć zdania, niż doświadczyć przykrego rozczarowania.

- A tak, słyszałem jej nową płytę. Ot, niezła dupa, fajna świnia, niegłupia foczka, to ją zabrali do studia, wykorzystali, a potem nagrali parę kawałków, natrzaskali zdjęć i zarzucili temat sprzedawcom płytowym. Słychać, że laska ma trochę kompleksy, ale nie że się chowa sama w domu. Raczej właśnie imprezowiczka. Psychologiem może nie jestem, ale wrażenie po zetknięciu z "Extraordinary", "Rock Me", czy "H.W.C." jest jednoznaczne. Widzi pan, ona najwyraźniej non-stop pragnie potwierdzenia swojej kobiecości / urody / atrakcyjności. Tak, żałosne, ale co pan poradzisz? To, co ona tam wyśpiewuje, uwłacza kobiecie. A słyszał pan, że ona już dawno ma męża i dziecko? W życiu bym nie pomyślał. Ale tacy właśnie są ci Amerykanie, zdemoralizowane bydło.

- No cóż. Powiem tak. Jest pewna anegdotka związana z tegoroczną Phair. Happy Tragic Thing, taki pierwotnie szykowano jej tytuł. Ale kiedy goście z Capitolu usłyszeli materiał, to wycofali się z tego pomysłu. Dziś już wiemy dlaczego. Gdyby go zostawili, to na starcie wetknęliby szydercom zabójczy materiał do obśmiania, bo zawartość krążka jest faktycznie tragiczna. No ale z ciekawszych, to ja mam kolegę w Stanach. I uwaga... Skurwiel był z nią na jednej imprezie!!! Tak przynajmniej twierdzi. Podobno nawaliła się jak szpak, a potem odśpiewała a capella "Gimme your hot white cum"("H. W. C.") i zrobiła striptease. A wiesz, tam średnia wieku wahała się koło dwudziestu, a ona ma przecież prawie dwa razy więcej na karku! Podobno kto jej nie puknął ten frajer. A teraz najlepsze. Na tej samej bibce, tak nad ranem, pykali w "kamienną twarz" i ona z chęcią zajęła miejsce pod stołem. He, he, he... he... he... he. Nie no, żałosne. Ale ten skecz znakomicie wpisuje się w scenerię jej nowej produkcji.

- Dla mnie po prostu, no ja po prostu ten. No jakbym na przykład gdzieś był, ten no ten, to bym się po prostu bardzo mi, ten no, to od razu bym się podpisał, po prostu, że jestem przykładowo, chciałbym być, żeby była po prostu. No, uważam która po prostu, no. He. Naczy, po prostu, jakby mi ktoś zadał pytanie, po prostu, gdzieś zagranicą, czy ten, to bym się wcale powiedział że ten, jaką no po prostu, jak w tych czasach, przy tym, po prostu, wszystkim tym, tego wszystkiego tym, tym, tym, jak jej się jej udało po prostu, no...

- Przede wszystkim trzeba pamiętać, że przed dziesięcioma laty to właśnie ona, w iście szelmowskim stylu, ośmieszyła całą mainstreamową scenę, z którą los miał ją wkrótce skojarzyć. Tamte kompozycje błyszczą jako doskonałe, esencjonalnie popowe, powalające przebojowością i spontanicznym luzem pierdolone stunnery. Dałbym się pociąć za tamtą Liz. Na dzisiejszą nawet nie splunę. Nie rozumiem dlaczego tak się sprzedała, co się z nią stało. I jeszcze te wypowiedzi, że to płyta którą zawsze chciała nagrać. Czeski film.

- Kiedy łapię doła, to chwyta mnie straszna myślawka. Sięgam wtedy po któryś odcinek Jeziora Marzeń. Parę lat temu, jak szperałam w jakichś ciuchach, to znalazłam przez przypadek całą serię na kasetach VHS. Kupując popłakałam się... (rzewny, sentymentalny zaśmiech). No ale od kiedy parę tygodni temu zassałam sobie nową Liz Phair, o której wcześniej nic nie słyszałam, to jak jest mi źle, to słucham właśnie jej. Te teksty. "I'm... extraordinary", czy te z "My Favorite Underwear" – to mi pomaga w niebieskie dni. Gdybym tylko miała tyle pewności siebie co ona. To znaczy chciałabym ją teraz na Inwazji spotkać, ale czy się uda, to nie wiem.

- Ale ja jestem omnibusem? Jak są jakieś nagrody, to ja już wygrałem. Bo ja po prostu to wiem. To będzie tak. Liz Phair to dla mnie: znana amerykańska singer/songwriter, autorka klasycznego dzieła Exile In Guyville, wydanego latem 1993 killera, która to na swoich kolejnych cedekach (Whip-Smart, Whitechocolatespaceegg) nigdy już nie potrafiła choćby zbliżyć się do klasy debiutu, by ostatecznie w tym roku (Liz Phair) sięgnąć najgłębszego dna. No i co, a nie mówiłem?

Jacek Kinowski    
13 sierpnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy