RECENZJE

Living Sisters
Love To Live

2010, Vanguard 5.1

KM: Album Inary George, Eleni Mandell i Becky Stark to niewinne symulakrum, zrodzone z tęsknoty za czasami, których nigdy nie było i muzyką, której nigdy nie grano. Dziewczęca zabawa, w której Betsy Smith spotyka The Louvin Brothers, "Tennessee Waltz" miesza się z doo wopem, The Free Disign nagrywają swój słoneczny pop w Red Bird Records, a Apalachy leżą w Kalifornii. Gra tak kokietująca staroświeckim urokiem, że można by uwierzyć w jej prawdziwość, chociaż czarujące panie ciągle puszczają do nas oczko. Kampową stylizacją, niesfornym tekstem albo cytatem ze swojej regularnej twórczości dają do zrozumienia, że to jedynie urlopowy wygłup, przyjemna odskocznia. A nam pozostaje cieszyć się razem z nimi, może trochę żałując, że piosenki pisały jakby na kolanie.

RP: Pisały na kolanie, bo i czemu niby nie? Amatorom tego typu kobiecego singing-songwritingu wystarcza, że jest kobiecy i jest singing-songwritingiem. No, może jeszcze pewna doza słodkości. Trudno nie mieć słabości do śpiewających słodko dziewcząt, ale ile można? Pozytywka z Livng Sisters raczej nudzi, a gdyby zdjąć lukier i ten dziewczęcy rodzaj wrażliwości, to już zupełnie niewiele zostaje ponad to. I choć może się właściwie spodobać, to chyba jednak z automatu recepcji, po szablonie.

FK: Największy problem ze współczesną młodzieżą to jej wycofanie. W świecie, w którym wyścig szczurów rozpoczyna się na drugim roku studiów, młodzi rezygnują z etapu przejściowego pomiędzy dzieciństwem i dorosłością, stają się na pokaz poważni i nie pozwalają sobie na okazywanie emocji, czułości, co więcej – nie potrafią z zaangażowaniem recytować klasyków miłosnej poezji po włosku. Nagromadzone emocje eksplodują w najmniej spodziewanym momencie – kiedy nie możemy znaleźć batona albo zbyt długo czekamy na autobus. A jeśli pośród tłumów pseudo-cynicznych starych-malutkich znajdzie się kilka dziewczyn, które otwarcie mówią, że lubią czasem być smutne i znajdują przyjemność w zappingu, to dostają co najwyżej oceny ze środka skali, nieważne jak bardzo byłyby fajne.

KFB: Inara i koleżanki niestety nie podążają drogą przebojowego singla "Double Knots" i zamiast tego, nie wiedzieć czemu, serwują nam tu pół godzinki smętów utrzymanych w mocno staroświeckich klimatach. Faktycznie – pośpiech to zły doradca, nie trzeba było się tak szybko na ten krążek porywać, ale ciężko winić Inarę za jej niewątpliwą "płodność artystyczną". Fani ładnych harmonii (i nudy) będą zadowoleni; ci, którzy chcieli do tego mieć songwriting na poziomie, nie mają tu za bardzo czego szukać. Strasznie się te kawałki zlewają ze sobą i generalnie poza wspomnianym wyżej singlem nie ma specjalnie do czego wracać. Ożywiłem się na początku closera, licząc na jakiś uroczy cover "Don't Let The Sun Go Down On Me", ale oczywiście nie tym razem. Podoba mi się naturalność i swoboda Inary "w tej wersji", ale zdecydowanie chętniej będę wracał do nagrań z Kurstinem. Wracaj do Grega, George!

Krzysztof Michalak     Radek Pulkowski     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz    
16 czerwca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie