RECENZJE

Liturgy
Aesthethica

2011, Thrill Jockey 5.7

Hunter Hunt-Hendrix jest przyjacielem Hana Solo. Jest padawanem Obi-Wana, pod którego kierunkiem wysmażył dysertację eksplorującą ciemną stronę mocy, a nawet ciemności rozjaśniającą. Młodzieńcza naiwność czy upozowane szachrajstwo? Sam nie wiem jak spojrzeć na podobną zuchwałość. Dlaczego chłystek poniekąd przypominający Justina Biebera, choć nie łapie różnicy między "transcendenty" a "transcendentalny", chciałby spróbować forsowania nowej estetyki w szeregu gnostycznych kratofanii? "Renihilation can be an infinite series of negations": odpowiada artysta statystycznym fanom Vadera, od których, jako pretensjonalny jedi-hipster, zbiera ostatnio regularne cięgi, przy czym, zdaje się, prezentuje ironiczny brooklyński tumiwisizm godny metalowego wcielenia MGMT. Z drugiej strony podobny manifest chełpliwie postulujący przełamywanie gatunkowych stereotypów pozostawia samą muzykę w cieniu.

Podzielam zasadnicze przesłanie. To nie jest tak, że w metalu wszystkie kości już rzucono, zakopano. Ogryziono. Język i precyzyjne zęby mechanicznych trybików Krallice przeniknięte do szpiku avant-progiem czekają na utalentowanych epigonów. W tej kategorii Liturgy jak najbardziej aspiruje. Tryumfalne "High Gold" złożone z powracających falą gitar na tle zaakcentowanego werbla czy oparty o podobny patent "Returner", w odróżnieniu od zwykłej black sieczki, oferują precyzję i sporo przestrzeni. Nieźle wypada "Generation" z wplecionym hardcore-fowizmem spod znaku Lightning Bolt lub rzadkie w tym gatunku eksperymenty jak nucony a cappella "Glass Earth" rzeczywiście odsyłający w kierunku sąsiadów z Yeasayer. Jakkolwiek w zbyt wielu partiach śledzimy teatr jednego aktora – Greg Fox na perkusji realizuje (a jakże!) kolejną wielką filozofię – zastąpienie "blastu" "burst beatem". Lokuje to jego styl gdzieś w pobliżu ekspresyjnych wyczynów Branna Dailora i Briana Chippendale'a. Pozornie nieskoordynowane wybuchy ratują album przed monotonią, w tych utworach, w których Hunt-Hendrixowi zabrakło kompozycyjnej wyobraźni, do jakiej zobowiązało go nazwisko.

Estetyczną woltę zapowiadaną przez dwudziestopięciolatka trzeba po raz kolejny przełożyć. Zadanie, na które się porwał, okazało się zbyt karkołomne, choć trzeba przyznać, że kręgosłup pozostał nienaruszony. Zamiast mimoid i symetriad wprowadzających metal na myślące wody solariańskiego oceanu, otrzymujemy album dobry, lecz zbyt zachowawczy. Miał być black heliocentryczny, tymczasem okazuje się, że nie wystarczy cytować Kanta, aby dokonać kopernikańskiego przewrotu.

Wawrzyn Kowalski    
19 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy