RECENZJE

Litku Klemetti
Juna Kainuuseen

2017, Luova 5.2

Litku Klemetti już w styczniu zwiastowała nadchodzącą wiosnę. Co roku z każdym kolejnym stopniem Celsjusza na termometrze niby jestem coraz szczęśliwszy, ale z drugiej strony zimą rzadziej muszę wycierać pot z czoła. Pierwszy odsłuch Juna Kainuuseen bardzo mnie zaskoczył, miałem oczywiste spostrzeżenia "co to za Ariel w spódnicy"? Tylko że Ariel też chodzi w kiecce i o ile wizualnie, Litku zapewne prezentuje się lepiej, my skupiamy się na muzyce, a w tym starciu z mistrzem, po kilku niezłych akcjach przegrywa, pozostając w środku ligi. Początek albumu jest obiecujący, "Jääkuningatar" faktycznie można porównywać do "Mature Themes", "Mäkkärirakkautta" to nie jedyny trafny ukłon w stronę sixtisowego, psychodelicznego popu, a "Karenssi" urzeka swoją czystą, naiwną słodyczą – trudno przy nim nie tupać.

Niestety podobnie jak w przypadku zeszłorocznej płyty Setha Bogarta, mimo dużego potencjału na dobry niedzisiejszy album, nie jest on w pełni wykorzystany. Numery zlewają się w całość, klawisze, które wpływały na retrospektywność tego materiału, zaczynają nużyć jednakowym, trochę Doorsowym brzmieniem. Klemetti potrafi śpiewać bardzo rozbudowane, czasami wręcz ekwilibrystyczne melodie, ale po pewnym czasie one też mogą przytłaczać nadmiarem wyrzucanych słów. Najsłabszą częścią albumu są spokojniejsze utwory, czego naczelnym przykładem jest podniosły utwór tytułowy. "Juna Kainuussen", zapewne głównie za sprawą tego, że język fiński tak jak węgierski jest dla mnie równie "egzotyczny", porównuję go do "Gyöngyhajú Lány" Omegi, ale z przykrością stwierdzam, że Kanye raczej nie będzie go samplował w swoich utworach. Nie chcę jednak zniechęcać do przesłuchania tego wydawnictwa, bo warto. Gdy słuchałem płyty, idąc ulicą, miałem wrażenie, że obraz przed oczami, to projekcja filmu z kasety VHS. Nie potrafię jej odebrać specyficznego sielskiego klimatu. Kiedy idę do zoo, głównie chcę zobaczyć tygrysa, ale mijam też klatki z rzadkimi okazami świnek morskich i nie robią na mnie szczególnego wrażenia, ale dlaczego ktoś nie może się jarać tymi zwierzętami? Album to tylko 26 minut waszego życia, a być może kupicie tę dziewczynę z bałałajką w całości. Ja będę wracał tylko do klatki z tygrysem, czyli "Jääkuningatar", "Mäkkärirakkautta", "Karenssi" i "Tähtiyö".

Artur Kasprzycki    
9 marca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie