RECENZJE

Lisa Shaw
Free

2009, Salted Music 7.0

Lisę Shaw wyhaczyliśmy z małym opóźnieniem, ale i tak szybko nazwaliśmy ją naszą artystką i daliśmy jej miejsce w naszej drużynie. Przy okazji drugiej płyty nadchodzi czas na rozliczenia, tym bardziej, że prawie nikt jeszcze tego nie zrobił, a na rodzimym podwórku doczekaliśmy się chyba tylko średniej merytorycznie recenzji, której autor poświęca większość czasu na uwagi odnośnie porządku tracklisty i nie do końca trafne komentarze dotyczące brzmienia pojedynczych utworów.

Oczywiście, nie jest błędem wytykanie regresu, choć praktycznie ciężko byłoby do niego nie dopuścić. Cherry było po prostu kobiecą i nieco bardziej "ludzką" odpowiedzią na Last Exit, jeden z najbardziej oryginalnych albumów tej dekady. W niektórych momentach Lisa i jej producenci wypadali nawet nieco lepiej niż Junior Boys, którzy sami nigdy nie przeskoczyli swoich osiągnięć z debiutu i już zawsze zawodzili brakiem charakterystycznych podcięć i odarciem swojej wzruszająco czystej muzyki, produkcyjnie zamkniętej przecież do dopracowania najmniejszego szczegółu i nie zawierającej ani przez ułamek sekundy jakiegokolwiek nadmiaru, z najbardziej urokliwej cechy – właśnie tego niesamowicie konkretnego minimalizmu. Skoro więc nawet tacy goście nie dali rady, rezygnując z prób kontynuacji i zwracając się do nieco innych, prostszych rozwiązań, to zakręt Lisy w bardziej klubową formę też dziwić ani oburzać nie powinien, tym bardziej gdy rozpoczyna się walka o słuchacza.

To co jednak odróżnia Free od składanek Hed Kandi, do których odważył się porównać tę płytę Andrzej Cała, to właśnie nadal ilość konkretów, jakimi zasypuje Shaw. Hed Kandi to nie są rzeczy złe z założenia, tylko niestety treściowo puste. Twórcom tych kompilacji i autorom utworów, których kompozycje się tam pojawiają zależy zwykle na stworzeniu pewnego klimatu i nieraz im to wychodzi, jednak treściowo te płytki są strasznie puste. Treściowo = brakuje tam po prostu dobrych melodii, bo owszem, to często rzeczy wysmakowane, ale skrojone pod linijkę, bez zapamiętywalnych zwrotek i refrenów. Nie odważyłbym się wytykać tego Lisie. Zdarzają się jej niejednokrotnie i silne hooki, jak w refrenie mojego ulubionego "Like I Want To", jak i momenty bardziej wysublimowane, jak w "Honey", gdzie między innymi przepiękny dialog klawiszy i wokalu odsyła skojarzeniami i do debiutu, i do nagrań producenta utworu, Miguela Migsa, jak i może (choć to chyba mimowolne skojarzenie poprzez tytuł), do Erykah Badu. Zmiany klimatu też nie pozwalają na wciśnięcie Lisy do szufladki z laskami, które śpiewają w różnych odmianach house'u i są nie do rozróżnienia. To nieco słonecznego, leniwego r&b/soulu, jak (by nie sięgać daleko) z debiutu Choklate, choć jednak z pewnym elementem chłodu i poczucia samotności, w trzecim kawałku pojawia się modny rytm funky, innym razem Luomo w popowej formie, "Can You See Him" to prawie minimal techno. Takich różnic stylistycznych można tutaj nieco znaleźć, jednak nad wszystkim powiewa duch electro-popowej odmiany deep-house'u i na szczęście bardzo rzadko zdarza się, by styl dominował nad jakością utworu. Pozostaje jeszcze przyjemność ze słuchania głosu Shaw, którą słusznie uznaliśmy za jedną z najlepszych wokalistek wszech czasów, a ona sama widziałaby się jako "klubową Sade", co nie jest do końca prawdą i nieco umniejsza jej umiejętnościom. Owszem momentami Lisa zbliża się do mistrzostwa Sade w tworzeniu klimatu, ale jak zauważył wtedy Bartek Ryt "słuchając jej głosu mam wrażenie jakby siedziała za zwiewną, półprzezroczystą kotarą, tocząc ze mną nieustanną grę wstępną", a tego Sade akurat raczej nie umie.

Łatwo będzie krytykować Free, bo nie tylko nie olśniewa tak mocno jak debiut (nawet okładka jest brzydsza!), to przy pierwszym kontakcie niekoniecznie zachwyca. Ewidentnie zdarzają się nierówności, częściej wynikają one jednak z wysokiego poziomu całości materiału, niż z z niskiej klasy pojedynczych kawałków, które samodzielnie brzmią niejednokrotnie dużo lepiej, jak dla mnie choćby piękne "Tomorrow". Warto też pamiętać, że debiut to była płyta w okolicach dziewiątki, a informacje o płycie klubowej wzbudziły we mnie mały zawód, choć jednocześnie zaciekawienie, które najpierw podsycono świetnym singlem, a potem nie do końca je zaspokojono. Zaspokoiły je jednak kolejne odsłuchy, bo Lisa Shaw nagrała kolejny raz płytę niebanalną, choć teraz znacznie przystępniejszą, przez co może nie od początku tak mocno angażującą słuchacza.

Kamil Babacz    
11 sierpnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie