RECENZJE

Lindstrøm & Prins Thomas
II

2009, Eskimo 7.4

W dzisiejszym odcinku zajmiemy się kolejną z serii płytą, której nazwy nie ma sensu wymieniać bez naszkicowania podstaw kontekstu. To chlubna tradycja nazywania, o której przypominamy sobie zawsze, kiedy widzimy blondynkę w koszulce "Zeppelin rocks" czy podobnej. Tym razem dwie ikony współczesnej muzyki tanecznej – może rzadko nadającej się do tańczenia, ale na pewno ton biegowi wydarzeń na scenie astronautycznych form rozmaitego dance'u – dostarczają kolejną z serii kolaborację poszerzającą ich dotychczasowy dorobek o rozwlekły prog inspirowany Floydami po Barrecie, zapomnianymi jam bandami, Bee Gees, folkiem czy wreszcie europejskimi wieczorkami tanecznymi waszych rodziców. Poszerzają podobnie jak wcześniej, to jest dość mocno. Mocno i długo.

Dzieje się tu kilka zjawisk które, niczym bigos twojej starej, nie dochodzą od razu. Space disco nabrało w końcu konkretu, faktur o namacalnych desygnatach. Namacalnych bardziej niż przypadkowe zbiory syntezatorów znanych z solowego Lindstrøma w każdym razie. I o jejku, czegóż tu nie ma. Są nieśmiałe jaja w postaci dekonstrukcji inicjalnego tematu w "Note I Love You + 100", który – na kilkanaście sekund – okazuje się faux-bałkańską przygrywką tylko po to, by w końcu rozpaść się całkiem w szóstej minucie. A przewijające się wszędzie dwie nuty zsamplowano z pewnego kawiarnianego szlagiera, którzy możecie usłyszeć w weekendy w Trójce. Całość przysypia, rozsądnie przygotowuje na mniej chwytliwą drugą część utworu (powiedzmy sobie jak w rodzinie – piosenki), wymaga uwagi, rozprasza, aż ostatecznie wnosi selektywnie kilka co bardziej eksponowanych ścieżek podbijając zagęszczające się bębny, talerze. Taki tam soft-crimsonowski finał w ustach, którego spokojnie i na całej długości można słuchać jak disco. Skąd wiemy, że to wciąż ta sama kategoria, której flagą było rok temu Where You Go I Go Too? Niby tu spoko pedał, dobry klawisz, jakieś w ogóle akordy prosto z akustyka, ale jednak tracimy uwagę i dopiero po kwadransie robi się głupio przestać słuchać, kiedy doznajemy mniej lub bardziej kunsztownego harmonicznie zawiązania akcji. Nic nowego: nudy, ziewanie, przewracanie oczami, aż prędzej czy później akcja się zazębi ("ale zazębi!" – J. Gmoch) i jesteśmy ugotowani – życie dwudziestolatka w epoce elektroniki generalnie.

Tylko że obaj panowie są już nieco starsi i jakby nagrywanie szlagierów parkietowych których sygnatura wymaga pierwiastka kwadratowego już im nie przystoi. Tak więc sobie pomuzykowali wspólnie do herbaty, pochodzili po promenadzie, dokarmili gołębie, popisali motywiki dla fanów rytmicznych zajawek i jedzenia grzybów. Przyciężkie toto jak wino którego nie możecie dokończyć, bo lubicie słodkie, a to okazało się być wytrawnym, stoi od tygodnia, zmienia swój stan węglowy, a w ogóle to Koniu was zaraz społecznie wykluczy za picie wina. Niemniej jest naznaczone międzyludzko pojętym rządzeniem, ustalaniem agendy trendów na przyszły sezon i tuzinem frazek tak przykuwających, że nieświadomie zaczynacie praktykować dylatację. Trendów, bo z odsłuchu II dowiadujemy się, że dwa sezony temu zaczynały być, a w przyszłym już całkiem najmodniejsze będą: cymbały, bongosy z dupy pawiana i siedemdziesięciominutowa gra wstępna.

Mateusz Jędras    
18 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss