RECENZJE

Lindstrøm & Christabelle
Real Life Is No Cool

2010, Smalltown Supersound 6.9

FK: Lindstrøm dosadnie wytłumaczył do reszty tym albumem skąd się wziął. Wbrew tytułowi, pośród wydawniczych rozmaitości Norwega nie było jeszcze AŻ tak wyluzowanej i bezpretensjonalnej pozycji. Niskie wartości bpm, rozrzedzone podkłady, ale przede wszystkim milion odwołań do czasów, w których się urodziłem – to niewyróżniki Real Life Is No Cool. No i oczywiście absolutnie nic nowego do powiedzenia. Okładkowa Christabelle, która u Norwega pojawiała się już kilka razy, została wreszcie doceniona niczym Webber w 2007 roku. Szkoda, że jej show jest o wiele mniej potrzebne, a niektóre popisy raczej irytujące.

KFB: Hans-Peter ewidentnie nie próżnuje i ciągle szuka dla siebie miejsca na współczesnej scenie. Były solówki, była kolaboracja z Prinsem Thomasem, a teraz mamy wspólny album z Christabelle. Zabawne, że ta płyta była teoretycznie gotowa do wydania przed Where You Go I Go Too, ale na skutek przedziwnego zbiegu okoliczności wychodzi dopiero teraz. No i co z tego w sumie, ważne, że znajdziecie tu regularne porcyjki smakowicie doprawionego space disco. Jednak najlepsze jest to, że poza tym słychać tu mnóstwo innych brzmień, jakiś przyczajony funk się czai tu i ówdzie, miejscami wkrada się lekki hałsik, ale wszystkie piosenki zasadniczo zachowują popową motorykę i strukturę. No i grzechem byłoby nie wspomnieć o naprawdę wybornych highlightach – lekko transowe "Lovesick" wymaga kilkukrotnego repeatu, ale jak dla mnie najbardziej wymiata wieńczące album "High & Low". Nie wiem, to chyba jakiś futurystyczny chillout przy którym będą odpływać moje potencjalne wnuki.

WS: A ten znowu swoje, i z pewnością nie jest to opierdalanie dałna, bo Hans-Peter ma bitów cały komputer. Jak słychać na załączonej płycie gościu skrzętnie z nich korzysta, rok w rok wydając listowe rzeczy. Tym razem wzorem swojego włoskiego mistrza wyrzucił własną Donnę na sam środek parkietu i kazał nam tańczyć do disco-housowego naparzania z klasą. Generalnie nie mam nic przeciwko, bardzo nie mam, a nawet zadowolony typ. Czasem jak Norweg przyjebie motywem to gną się kolana, jak choćby ciężkim italo w "Music In My Mind"; lubię też gdy skryty Politti kołysze do snu w closerze. Ale żeby nie było, skuchy też są. Real Life Is No Cool grzęźnie w momentach zbyt nachalnego czerpania czy to z Morodera w "Let's Practice", czy z Quincy Jonesa w "Baby Can't Stop", na dokładkę od czasu do czasu wokale Christabelle sprawiają wrażenie całkowicie zbytecznych. Niemniej podbiłem do Lindstrøma i wyciągnął mi spod lady hita. Po raz kolejny.

ŁK: Prawda, że Lindstrøm utrzymuje formę. Po kapitalnej płycie solowej i świetnej kolaboracji z Prinsem Thomasem ukazuje się ten bardzo dobry krążek. Zostawiając za sobą monumentalne elektroniczne prog-fusion II, ujarzmia space-disco Where You Go I Go Too, na dłuższą metę usuwając element "space". No i oczywiście tym razem są to piosenki (dzięki, dzięki Wojtek, że mi ukradłeś porównanie do Giorgio i Donny, zajebiście) z wokalami kolaborującej Christabelle. Nie zawsze przeżerają się one z muzyką – podobno wokalistka zaimprowizowała większość partii na gotowych podkładach – i tracki takie jak "Let's Practice" i "So Much Fun" mogą się dłużyć. Jednak kiedy wszystko działa rezultaty są świetne, zwłaszcza w zimnym i wijącym się "Let It Happen" i erotycznym "Music In My Mind" – te numery właśnie najlepiej wykorzystują piosenkowy format, wokale zapewniają w nich świetne hooki. Całość to kolejny wykwit retro-futurystycznej wyobraźni Hansa-Petera, który uaktualnia tu Morodera, Chic, Prince'a. Wszelkie skazy są jedynie drobnostkami. Album mniej esencjonalny niż dwa poprzednie, wciąż niezbędny dla fana.

Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak     Filip Kekusz     Wojciech Sawicki    
4 lutego 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja