RECENZJE

Lilys
Everything Wrong Is Imaginary

2006, Manifesto 7.5

Nie ma bardziej niedoreklamowanego bandu. Nie-ma. Niema. Bo że u nas, wiadomo, nie dziwota, u nas słucha się Archive i Cocorosie. Ale gdziekolwiek www.myspace.com/thelilys obecnie oferuje klip do najsłynniejszego singla z reklamówki, za który można polubić wszystko co Lilys, jako że całość z prymasortu, trzy utwory z bieżącej płyty i jedną z poprzedniej. Stronek w necie do pośmigania niewiele, z brakiem aktualizacji. Dosyć to smutne, biorąc pod uwagę osiągnięcia, o czym teraz właśnie.

In The Presence Of Nothing było świeżym starterem, spartańskim ujęciem MBV-owego shoegazerstwa nieco. "Sznurówki mi się rozchodzą, dziura w podeszwie, ładny parkiet jak na gratisową salę prób, trzeba rozplątać kable". Dźwiękościany, śliczność, obuwie, nadpobudliwość i dreampopowe przebłyski. Brutalne hooki też. Wszystko podkopywało masę pod bardziej dopracowaną wersję wiadomo-jakiego konaru popu. A Brief History of Amazing Letdowns TAK WYMIATA, chciałoby się powiedzieć. [Miejsce dla mentalnego obrazu najbardziej wypchanego miąższem owocu, jaki można sobie wyobrazić mając o owocach pojęcie jakiekolwiek.] To mini album, który mieć najprawdopodobniej wypada, pomimo rażącej niedostępności. "Ycjcyaqfrj", "Dandy", "Any Place I've Lived", każdy kwantyfikator generalny, ciastka, owoce. W ogóle zamiast recki wstawić wystarczy fotę arbuza hiperrealistycznego, autorstwa obiecującego fotografa od hiperrealistycznych ujęć owoców, grzybków, ale Borys byłby zły że nic nie piszę, a jak już, to foty. Tak się grało hałaśliwy pop dwanaście lat temu.

NIC TO. Rok później przybywa objawienie zewsząd, Eccsame The Photon Band, z atakiem w jakieś top 3 całego gapienia się w trampki. "Day Of The Monkey", "The Hermit Crab", jak do tego doszło, utwory wszechczasów jedne z. To poziom Isn't Anything, śmiem twierdzic. Tu wyższy, tam niższy, lalala, oop, zbieranie oszczędności i wyczajanie na eBay powinno czekać wszystkich. Bez bibułkowania, ogrom melodycznej arbuzerii. 10.0 osiąga się tutaj nader często. Ponadto historia zaczyna tu koło, z "songwritingiem Heasleya" jako inicjalnym p. "Kurt Heasley's acid playground". CO SIĘ DZIEJE.

Kochanie, widzę, że masz się dobrze. To naprawdę ciekawe i niezmiernie mnie cieszy. Mam coś dla Ciebie z tej okazji, ale będziesz musiała poczekać na nasz lepszy moment. Wiem jak Ci ciężko i bardzo mi wstyd, że tak niewiele mogę zrobić. Chciałbym, żebyś była ze mnie zadowolona, więc mocno postanawiam popracowac nad sobą. Żebyś była ze mnie dumna i chciała się chwalić tą znajomością. Wiesz, sprzedałem dziś telewizor. Mam nadzieję, że się ucieszysz, bo za zdobyte pieniądze kupię dużą wannę, a przyda się, kiedy zechcesz ze mną zamieszkać. Co mam nadzieję nastąpi wkrótce, na co czekam w udręczeniu. Całuję. Elówka.

Bo oto już w 1996 Kurt dzieli się z niewiernymi kolejnym nośnikiem z dobrą nutą, Better Can't Make Your Life Better. To tam znajdzie się "A Nanny In Manhattan", kawałek z klipu na MySpace. Nie wiadomo, czy jest najlepszy, wiadomo natomiast, że uwielbienie The Monkees znajduje teoriodowodowy hak. Oto wkracza się w pomarańczowy torf grzebania w Inwazji Brytyjczyków. Tak, allmusic nie kłamie, jest w tym też coś z The Who. Niepóźnego w każdym razie. Kinksowe frazki, beatlesowe narracje w nowym paradygmacie. Przeraźliwie nowym. Po trzech latach coś się zmieniło w cukierniczce, Lilys *jest* bandem ze środkowych sześćdziesiątych. Takim, który słucha Sama Prekopa jadąc wozem przez bezdroża Nevady. Czy Southampton, cokolwiek. The 3-Way nadaje filuternej pomysłowości drobiazgowym temacikom, ażeby melodyjka kopała jako całość. Jak wszędzie uprzednio, Eccsame wyłączając, pefekcyjnie nie jest, co najmniej siódemkowo jednak zawsze. "The Generator". "Accepting Applications At University". Jakie to wszystko jest piękne, jak na jedne z najlepszych brytyjskich piosenek pisanych w Filadelfii.

Och, mówi się o późnych indie-osiemdziesiątych w przypadku obniżki formy na Precollection. "Meditations On Speed" może o trybie życia nieco opowiada, ale słabe. Krok to w pop eksperymentu gitarowego miary dużej, dobrze rozochocić może. Wcześniej Zero Population Growth coś z drużyny podpowiedzi, ale nie mam, nie słyszałem, Bliss Out jest nie mnie dla.

Jeśli ktoś wytrwał: Everything Wrong Is Imaginary to dosyć naturalny człon poprzednich idei. Nagość, Prince, Shields, Scritti. Coraz mniej modsowania, but i kwas jako klocki najbliżej rąk. Tych od układania. Słynny producent Musmanno, podobno od Outkast, wplótł w szeroki zbiór neopsychodelicznych piosnek plumkanie sesyjne, co na przykład w "A Diana's Diana" ("Ariel Pink song without the lo-fi haze" niby. Znając Pinka, też trochę.) dało okołoprince'owy efekt na model eksperymentalnego popu (choć tu wyjątkiem producent inny). Że się montuje bubblegum-zwrotkę, której zapisu ogranąć nie można z miejsca, która jest równa i miarowa niczym płot świeżo trymowany, z misiowo-chmurkowym refrenem o tęczowych schodkach, a gdzie do tego właśnie ów słynny laid-back funk rytmicznie też, tego nie wiem. "Kilku rzeczy nie wiem". Co robi melodia zbliżona do ideału w "The Night Sun Over San Juan", prostym rockowym, jangle. I też prawda, że Robert Smith przez chwilę, śmiem zweryfikować. Dużo efektów, wiadomo, człowiek się gubi. Heasley jako szczęśliwy ojciec (z problemami rodzinnymi) pisze szczęśliwe piosenki, zawsze będąc Rayem Daviesem. Rayem Daviesem z małymi szczęściami, jakich tu od groma, naprawdę. Bo piosenki ze strukturą przesuniętą od twojego codziennego modelu piosenki o kilkanaście procent, o zmiennych planach są to. Utwór tytułowy mógłby byc dance-punkiem, gdyby zostawic bas i clapy, a pociąć (kto nie lubi?) i przyspieszyć resztę. Cholerna postmoderna, feedbacki, ech.

Mateusz Jędras    
1 grudnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie