RECENZJE

Lily Allen
Sheezus

2014, Parlophone 6.1

Przez ostatnie pięć lat, dzielących wydanie It's Not Me, It's You i Sheezusa, zdążyliśmy nieco już zapomnieć Lily Allen. Po wyczerpującej promocji drugiego krążka, który uczynił z niej gwiazdę pop o światowym zasięgu, wokalistka zdecydowała się na wzięcie urlopu na czas nieokreślony. Plany powrotu do działalności muzycznej szybko skomplikowało zajście w ciążę i urodzenie dwóch córek. Data premiery trzeciego krążka nie została skreślona z kalendarza wydawniczego Parlophone, ale odsuwała się coraz dalej, co było o tyle komercyjnie niebezpieczne, że Lily z myspace'owej, nastoletniej sensacji; nieporadnie rapującej, wulgarnej chłopczycy grającej swoim ulicznym wizerunkiem i zaczynającej jako dilerka ecstasy, szybko ewoluowała w dobijającą trzydziestki stateczną matkę i nie można było tego faktu dłużej ignorować. O ile więc It's Not Me, It's You miało być testem muzycznej dojrzałości i otrząśnięciem się z subkulturowych naleciałości na rzez bardziej akceptowalnego rynkowo synth-popu, to follow-up musiał z konieczności odwrócić reguły gry: w wieku 29 lat Lily nie próbuje udowodnić już nikomu swojej dorosłości, ale pokazać, że nie straciła jeszcze swojego dawnego pazura.

Stąd zresztą wybór takiego, a nie innego tytułu. Tyle pomysłowego i zaczepnego, co karkołomnego – trudno bowiem o bardziej bezpośrednie zakomunikowanie hej, jestem na bieżąco niż odniesienia do nowoczesnego, subwersywnego rapu. Trzeba przyznać, że pierwsze minuty Sheezusa dość przekonująco spełniają swoje zadanie. Do napisania tytułowego openera Lily zatrudniła bowiem Dacoury'ego Natchego, odpowiedzialnego za jeden z highlightów Nothing Was The Same, duszne "Worst Behaviour", i mającego w swoim dorobku współpracę m.in. z Vic Mensa i Kendrickiem Lamarem. Opierający się na zglitchowanych hi-hatach i urywanych chórkach utwór skomponowany jest na wzór granicznego mini-hymnu, tak aktualizującego sound i wizerunek wokalistki do dzisiejszych standardów, jak i mającego nam przypomnieć, kto tutaj naprawdę rządzi. Lily dokonuje w nim ambiwalentnego namecheckingu, wymieniając królowe dzisiejszych chartsów, trochę je tym nobilitując, trochę zaś dissując – kiedy jednak wypowiada wersy "gimmie that crown bitch / I want to be Sheezus", oczywistym ma się stać, kto tutaj tak naprawdę rządzi.

Takie intro zaostrza apetyt i próbuje nas przekonać, że mamy do czynienia z naprawdę bezkompromisowym, wybuchowym powrotem; przeniesieniem znanej z debiutu zaczepności i prowokacyjności na grunt współczesnego, pyskatego i wyemancypowanego popu. Zamiast antycypowanego, spektakularnego catfightu reszta krążka prezentuje się jednak zupełnie inaczej i... wypada raczej rozczarowująco. Naprawdę trudno znaleźć jakieś tematyczne czy charakterologiczne punkty wspólne pomiędzy treścią np. "Hard Out There" a "Life For Me" czy "L8 CMMR". Z jednej strony zdarzają się chwile eskalowania showbiznesowych i prywatnych napięć i otwarcie artykułowanej konfrontacyjności, z drugiej pozostaje domowa nuda; świadectwo coming of age dorosłej kobiety w statecznym związku, której priorytety odbiegają znacząco od tego, by dowalić swoim scenicznym rywalkom czy, co istotniejsze, sformułować niebanalny język wizerunkowy.

Nie chodzi nawet o same piosenki, bo te – napisane i wyprodukowane głównie przez wieloletniego współpracownika artystki, Grega Kurstina – są niezłe, choć moim zdaniem ustępują nieco materiałowi z It's Not Me, It's You. Zdarzają się momenty – refren "L8 CMMR" czy zabawny "URL Badman", ale całość sprawia wrażenie (być może przez mniej stylistycznie spójną niż na poprzedniczce tracklistę) nieco mniej dopracowanej. Trudno znaleźć też tutaj materiał na oczywisty hit – z wyjątkiem openera, ale, jak już wspominałem, to utwór troszkę z innej bajki – dominują raczej spokojniejsze ballady, ale pierwsze single z krążka, "Air Balloon" i "Hard Out There" to chyba najsłabsze kompozycyjnie indeksy.

Sheezus to zdecydowanie nie Yeezus – i nie chodzi tu o to, że Allen po prostu nie ma awangardowego (przemilczmy na razie pytanie, na ile to rzeczywiście "awangarda", a nie realizacja popkulturowych fantazji o niej) i politycznego zacięcia Kanye'ego, ale o to, że nie ma większego pomysłu na to w jaki sposób inteligentnie igrać z pojęciami rządzącymi współczesną sceną pop, jak błyskotliwie przepracowywać i rozwijać obowiązujące konwencje, tak jak zrobiła to w ubiegłym roku swoją doniosłą płytą Beyonce. Na tym etapie kariery Sheezus jest więc przede wszystkim testem na realność planu prowadzenia naprawdę niekonwencjonalnej, świadomie kontrolowanej kariery. "Sheezus" – opener jest jakąś iskierką ryzyka, ale w zasadzie nic z niej nie wynika. Po odcedzeniu ambicji pozostaje bezbolesny w słuchaniu, porządnie zrobiony pop. Taki jak wcześniej, ale jednak trochę słabszy. Sounds like a plan, ale na jak długo?

Jakub Wencel    
21 maja 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie