RECENZJE

Lily Allen
Alright, Still...

2006, Regal 6.2

Zanim napiszę coś o muzyce, przydałoby się rozprawić z kilkoma tezami wypromowanymi przez niedobre, leniwe dziennikarstwo, ha!... Może jednak dziś, o tej porze – niech żyje leniwe dziennikarstwo. Hype na punkcie Londynki, córki znanego komika, nie zatoczył ostatecznie równie szerokich kręgów, co w przypadku Arctic Monkeys. Poza tym to wszystko prawda – muszę być w porządku (z kronikarskiego obowiązku). Płyta jest bardzo bardzo "2006". Kończące się za niedługo lato należało do Lily. Nie dziwią zewsząd padające nominacje do miss chavette , plotki o nadaniu tytułów szlacheckich, propozycje udziału w filmach, gwiazdorzenia w kampaniach anty-alkoholowych i anti-drink&drive. W CV ma już przecież zaskakujący numer 1 na liście singli, kilkadziesiąt tysięcy friendów na MySpace. Projektuje buty dla Nike'a, mając za sobą demografię bieżących, młodych wielkomiejskich proli, ujętych w kategorię "chavs". Pozazdrościć. Poza tym w każdej kiecce, w której ją widziałem, prezentowała się co najmniej dobrze.

Wracając do tematu, Lily nie umie śpiewać, wystarczy sprawdzić jakikolwiek koncertowy plik na YouTubie. Wymiatacze są na Alright Still... zaledwie trzy. "Smile" znamy na pamięć. W każdej kolejnej zwrotce Lily daje z siebie coraz więcej (na przykład sposób w jaki śpiewa wyraz "alone" – spowoduje z pewnością u wielu słuchaczy niekontrolowany wyciek śliny). Na tym polega urok wykonania singla, mimo nudnej quasi-Specialsowskiej aranżacji i denerwującego refrenu (zaraźliwego i tak). Prawdziwie rozkoszny jest za to refren "Everything’s Just Wonderful" (Specials / XTC), brzmiący niczym idealna piosenka na rower, ten sam, z którym paraduje na okładce Lily. Murowany zwilżacz powiek – "Littlest Things", przez chwilę przypominać może "Karma Police". Ale to zupełnie inny film – to czarujący break-up song. Zsamplowane z winyla sentymentalne pianino (oryginalnie, uwaga: "Theme From Emmanuelle") to sprytny metonimiczny zabieg, prawie jak youngowskie "I heard old song playing on the radio / Buffalo Springfield again". To jak Lily śpiewa "so you hold my hand", mocno uderza w gardło i serce. Bardzo poruszające.

I to by było na tyle – reszta piosenek jednak odstaje. Jeden z bardziej jamajskich fragmentów, "LDN" to skoczny (trochę Blondie z "Tide Is High"), oparty na słonecznych dęciakach, imprezowy kawałek Sympatyczny jest też post-madchesterowy rocker "Take What You Take". W tym kawałku uwidacznia się najważniejsza cecha twórczości Lily. Najnudniejszy, najbardziej oczywisty materiał za dotknięciem charyzmy panny Allen albo producenckiej różdżki zamienia się w ucieleśnioną solidność. Świetnym przykładem metamorfozy z nudy w coś więcej jest właśnie "Smile" – gówniany i nieznośnie przyklejający się zarazem refren piosenki. Good shit. Jak to się dzieje, że nie denerwują ani nie nudzą nawet wypełniacze: startujący jak mega-żałosna podróbka Streets "Knock’em Out", jakieś tam "Friday Night" czy "Not Big", w którym warto czekać tylko na cudowne Specialsowskie outro. "Shame For You" jest słabe, średnio jara mnie reggae'owe "Friend Of Mine". Porównywanie Lily Allen do Nellie McKay, które ma miejsce, jest o tyle ciekawe, że przy podobnej metodzie działania, spontanie/szczerości obu pań, dzieli je różnica klas. Wrażenia z odsłuchu Get Away From Me stawiają Lily w trochę niekorzystnym świetle. Swoboda Nellie w żonglowaniu stylami i nastrojami, jakość wokalu, dojrzałość, przy wysokim poziomie songwriterskim powoduje, że w teoretycznym pojedynku rówieśnic z UK, Lily obrywa boleśnie.

Ale poziom piosenek Lily niekoniecznie idzie w parze z poziomem rozrywki, które dostarczają teksty. I to dlatego między innymi Alright Still... tak dobrze się słucha. 21-letnia artystka gadatliwa jest nie tylko z okazji prowadzenia swojego bloga (Lily zerwała ze swoim chłopakiem, Lily się najebała, Lily świętuje #1 na liście singli UK, dissuje indie-pupili – Kooks i Dirty Pretty Things). W końcu coś, co zaspokaja konkretny segment rynku. I choć raz nie udawajcie, że wali was kategoria "autentyczności": oto gwiazda pop z krwi i kości – a nie hiper-seksualne popowe simulacrum . Natężeniem niesamowitych i oryginalnych przygód dorównują tej płycie chyba tylko dzieła największych indywidualności ostatnich lat – Skinner i Dizzy. (Lily wpisuje się w tę samą demografię, która wylansowała obydwu panów) "Wszyscy inni – a jednak tacy sami" (Wilku). Różnice oczywiście są ewidentne. Po pierwsze brak u Lily melancholijnej nutki wiejskiego egzystencjalisty Mike'a (którego pierwszy album bardzo lubię – żeby była jasność). Po drugie Dizzy to jednak na debiucie dziki, wkurwiony i przelękniony rzeczywistością koleżka (dlatego też go lubię). A tutaj tego nie ma. Tutaj jest wesoło. Piosenki o życiu (spisywane pewnie pomiędzy jedną i drugą sesją w playa – żeby zadość się stało figurze chavsa).

Przygód, jak mówiłem, mamy co nie miara. Najpierw Lily w "Smile" jest porzucona, więc zamienia przykrą sytuację w psychiczną torturę swojego ex. Lily spławia startujących podrywaczy w "Knock'em Out". Wciela się w agresywną fokę, w rodzaju zjarana dziewczyna barmana z jamajskich imprez, we "Friday Night". Z dresiarską dumą przyznaje się do wyczynów po pijaku: "Riding through the city on my bike all day / Cause the filth took away my licence" (hahaha genialne: "rozpusta zabrała mi prawko").... Przeczołguje kolejnego lowelasa w "Shame For You", grożąc mu interwencją starszych braci. No i w końcu dokonuje tryumfalnej apoteozy "chavs' way of life" w "Alfie" (browar, skręt, playstation). Coś jeszcze? Wszyscy chyba na dzień dzisiejszy mamy dość artystów śpiewających o tym, że świat ich nie kocha. A Lily na to: "In all the magazines they talk about weight loss / If I buy those jeans I can look like Kate Moss / Oh no it's not the life I chose / But I guess that's the way that things go"– powtarza z nutką zmysłowej olewki, jakby na złość feministkom oraz podejrzanemu, dołerskiemu elementowi. Czyli jednak konformistka pełną gębą. Prawdziwa bohaterka 2006. Za to ją kochamy.

Piotr Kowalczyk    
14 sierpnia 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie