RECENZJE

Lil Wayne
Tha Carter III

2008, Cash Money 6.7

Nowy Lil Wayne przez pierwszy tydzień rozszedł się w Stanach w ilości ponad miliona, czego nie dane było osiągnąć ostatnio takim markom jak Kanye, Jay-Z czy Nas. Takim wynikiem może pochwalić się 50 Cent, ale to zupełnie inna bajka i nie ta klasa, a poza tym to już dawno było. Pojawia się więc pytanie – czy Lil Wayne ze swoim wizerunkiem lokującym się w połowie drogi między Lil Jonem a Hovą oraz sukcesem komercyjnym porównywalnym z Pół Dolarem, kojarzącym się ogarniętemu słuchaczowi ze wszystkim, co złe w hip-hopie, może nagrać dobry album, który ucieszy zarówno dzieciaki w Stanach, jak i zblazowanego indie słuchacza? Okazuje się, że tak, i chwała mu za to.

Ciśnienie na coś, co popularnie zaczęto nazywać "inteligentnym hip-hopem" jest nieznośnie irytujące. Dlatego wyjaśnijmy sobie od razu na początku – Wayne nie nagrywa inteligentnego hip-hopu. Przynajmniej nie w takim rozumieniu, jakie od razu rodzi zestawienie tych dwóch słów. Chociaż, jeżeli za przejaw inteligencji uznamy zróżnicowany materiał, radujący bogactwem producentów reprezentujących zupełnie różne style, kilka solidnych bangerów oraz znakomitą technikę, świetne wersy i charyzmę porównywalną z tymi najlepszymi, to Tha Carter III należy uznać za reprezentanta inteligentnego hip-hopu. No i jeszcze ta genialna okładka, śmiało mrugającą w kierunku Ready To Die i Illmatic! Nie ma tu politykowania, górnolotnych przesłań, ani też żywego grania, które z niewiadomych przyczyn jest zazwyczaj pojmowane za przejaw "bycia lepszym". Lil Wayne to nie Rootsi czy te wszystkie gagatki z Anticonu – to bardziej kolo, który potrafi skleić linijki z jednej strony porażające prymitywizmem, a z drugiej powalające techniką i błyskotliwą zabawą słowem ("3 Peat"). Taki jego urok i nie ma co się niepotrzebnie spinać.

Wayne już w pierwszym tracku sugeruje by go "poczuć" i już do końca albumu balansuje na granicy między żenadą a mistrzostwem. Z tym, że ostatecznie rysuje się jako miszczu, wreszcie nagrywający równy album, na którym w końcu realizuje swój potencjał, gdyż pomimo nieszczęsnego wycieku materiału i nieskończonej weny Lil Wayne'a, udało się to wszystko ogarnąć. Raz jeszcze, nie ma co oczekiwać tutaj metafizycznych doznań i wersów, które można analizować godzinami. Ten album nie zmusza do myślenia, Lil Wayne oferuje nam pierwszej klasy hip-hop, który służy po prostu do słuchania. Może właśnie dlatego nie jest inteligentny w powszechnym rozumieniu tego słowa.

Lista producentów imponuje przede wszystkim swoją rozpiętością, a nie kategorią wagową nazwisk. Owszem, jest tu Kanye, i to on funduje nam najlepsze podkłady w postaci "Comfortable" i "Let The Beat Build", ale oprócz niego mamy czasem wręcz anonimowe postaci, które miło zaskakują, jak Cool & Dre z bogatym brzmieniowo "Phone Home" bądź proste jak cep "Shoot Me Down" niejakiego D.Smitha. Czysto muzycznie, dobór producentów przekłada się na niesłychaną różnorodność, która teoretycznie powinna przyczynić się do skrajnej niespójności materiału, a w praktyce zupełnie nie wadzi, sprawiając, że te około 70 minut muzyki nie przekłada się na urodzaj wypełniaczy i ziewania w okolicach połowy albumu. Dostajemy tutaj crunkowe "Got Money", do bólu komercyjny i jednocześnie przewrotny singiel "Lollipop", ale również bardziej stonowane i mniej krzykliwe "Mr. Carter" z gościnnym Jayem. Każdy utwór to muzycznie inna bajka. I to właśnie okazuje się kluczem do sukcesu.

Wiadomo, pomimo całej różnorodności trzeciego Cartera, wszystko spaja postać Lil Wayne'a. Ten, jest dla mnie po dziś dzień, nierozwiązaną zagadką. Bo właściwie co można myśleć o kolesiu, który w młodości sam się postrzelił, trochę pozuje na gangstera, a trochę nie; który swoim wyglądam zewnętrznym i sposobem bycia (słynne próby bycia lepszym Jayem-Z) może sobie zjednać co najwyżej grupę amerykańskich nastolatków poniżej dwudziestego roku życia (plus wszyscy wierni słuchacze wszystkiego, co ma beat i nawijkę)? Nie zapomnijmy również o tym dziwacznym skrzeczącym głosie i studiowaniu psychologii. Otwieramy więc nasze umysły, uwalniamy uszy i zdajemy sobie sprawę, że koleś jest jednym z najlepszych raperów dostępnych na rynku, a być może jednym z ciekawszych jacy stąpali po planecie Ziemi (co niektórzy już się pospieszyli i go takowym nazwali). Do tego jeszcze mistrz wolnego stylu, co udowodnił wiele razy. Zresztą on podobno nie nigdy nie spisuje swoich tekstów i coś w tym jest, bo w przypadku utworów takich jak "La La" czy "Dr. Carter" można śmiało powiedzieć, że ich powstanie odbyło się dosyć spontanicznie.

Chociaż w tekstach przeważają tematy błahe i mało istotne, to wszystko jest podane w formie błyskotliwej zabawy słowem, rytmem oraz głosem, przez co słucha się wyśmienicie. Zdarzają się bardziej poważne rozkminki jak w "Tie My Hands" z gościnnym Robinem Thicke, ale są to zdecydowanie wyjątki. Czerpanie przyjemności nie polega tutaj na rozkładaniu wszystkiego na czynniki pierwsze, więc jeżeli nie ma się spinki na szalono-dziwaczny sposób bycia Lil Wayne'a oraz czysto komercyjny charakter hip-hopu w jego wydaniu, to śmiało można uznać ten album za bardzo dobry. Jak na tę przeklętą dekadę jest to całkiem sporo.

Łukasz Halicki    
27 czerwca 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie