RECENZJE

Lil' Kim
La Bella Mafia

2003, Atlantic 5.1

Pozwolę sobie zacząć od metodologicznego zastrzeżenia: w zasadzie to nie rozumiem, dlaczego dostałem do recenzji tę płytę. Jako jeden z porcysowych specjalistów od wartościującej transformacji nadchodzących codziennie zglobalizowanych informacji muzycznych pod kątem ich przydatności dla określonego segmentu słuchaczy i sprawnego alokowania na stronie własnych poglądów (zapewne takim językiem pisałbym recenzje, gdybym był ekonomistą), uważam taką działalność za zwiększającą moje pasywa po stronie czasu i nie wnoszącą nic do mych audialnych aktywów.

Przeciętny, mainstreamowy hip-hop nie jest bowiem tym, co tygryski lubią najbardziej, a co roku ukazuje się wiele cennych wydawnictw, nikomu lub prawie nikomu w naszym narodowym zaścianku nieznanych; czemu by o nich nie napisać? Ha, może dlatego, że już miesiąc czekam na płyty z "barnsa", a paczki jeszcze nie ma, niech ich zaraza weźmie. A jeśli już jesteśmy przy przysyłaniu płyt do recenzji, to częściej niż krajowi dystrybutorzy przychodzą nam w sukurs zagraniczni artyści, co jest chyba ewenementem na skalę światową. Witajcie w Polandzie. Dobra, bierzmy się za tą Lil' Kim, bo czas ucieka.

Jak zatem już wspomniałem, La Bella Mafia to dość solidny mainstreamowy hip-hop rodem z Ameryki w konserwach. Jakie są tego implikacje? Już tłumaczę. Włączmy poglądowo audiowizualną pralnię nastoletnich mózgów, z rodzaju MTV albo VIVA. Mamy stosunkowo duże szanse, że natrafimy akurat na jakiś gorący, baunsujący "hit" w tym stylu.

Idę o zakład, że w większości przypadków schemat teledysku nie wyjdzie poza paru skaczących pajaców, obwieszonych wypożyczonym z komisu złotem jak choinki, wożących się po okolicy "spoko brykami", wypożyczonymi na dwie godziny na plan zdjęciowy, w towarzystwie eksponujących swoje drugorzędowe cechy płciowe lasek (często udaje się znaleźć wystarczająco nierozgarnięte, które dadzą się uprzedmiotowić nawet za darmo, ponieważ "robią właśnie karierę w modelingu i muszą się wylansować"). Co tam jeszcze może być, machanie falsyfikatami banknotów, inscenizowane scenki "z życia gangstera", wywijanie dupalem w klubie i desperackie próby stworzenia pozorów "spoko imprezy". Ani mnie to ziębi, ani grzeje, podobnie jak zeszłoroczny śnieg czy niegdysiejszy Swanson. Liryczny przekaz raperów jest zazwyczaj językowym odbiciem powyższego obrazu, serwowanym na tle prostego beatu i jednego-trzech sampli tworzących całą aranżację. Zwrotka refren, zwrotka refren, zwrotka, i tyle.

Nie żeby nasza mała Kim wyłamywała się z tych schematów, na tę okoliczność chciałoby się nawet zanucić niedawny polski hit: "Hej suczki / My znamy wasze sztuczki, ra-ra-ra-ra". W przeciwieństwie jednak do rodzimych raperów, obrotna Lil' zaprosiła do współpracy świetnych producentów pokroju Timbalanda i Kanye Westa. Dzięki profesjonalnej robocie wspomnianych zdolniachów powstały podkłady na poziomie, za sprawą których La Bella Mafia stała się propozycją przyzwoitą, a nawet chwilami wprowadzającą w lekki baunsik.

Jacek wspominał w Playlist o "The Jump Off", ja dodałbym jeszcze do listy hiciorów duet z pół-dolarem w "Magic Stick". Dzięki nim każdy zarobił po parę zielonych, płyta miała swoje pięć minut na szczytach charts, Kim okazję po raz kolejny zaflashować boobsami na wizji, z czego wszyscy byli zadowoleni, a życie toczy się dalej. Na przykładzie tej płyty widać wyraźnie, o ile klas przeciętny standard amerykańskiego hip-hopu różni się od polskiego (kontekst "Suczek" pojawił się tu nieprzypadkowo). Jednak pomimo mile kołyszącego r&b w "Can't F**k With Queen Bee", kolaboracji z Missy Elliott przy "(When Kim Say) Can You Hear Me Now?", paru śmiesznych skitów, czy też fajowych smyków w kończącym płytę "Came Back For You", lekko wieje tutaj nudą. Under seven inches, Kim, sorry.

Tomasz Gwara    
19 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie