RECENZJE

Libertines
Up The Bracket

2002, Rough Trade 6.7

Wygrał pan złoto. Co można powiedzieć... Zauważcie, że o tych zespołach, które wygrały złoto, mainstreamowa prasa nie potrafi inaczej mówić, niż w kategoriach ilości sprzedanych płyt. Tylko liczby, liczby, liczby. I nagrody. Tej gazetki, tamtej gazetki. A w tych gazetkach oczywiście siedzą te same gamonie, które później to opisują. W rezultacie przebrnięcie przez biografię jakiegoś wykonawcy, który wygrał już swoje złoto, jest męką. Co to za grupa, ci Libertines? Udany debiut (sześć milionów egzemplarzy)? Nie, nie. Nie. Gwiazd angielskie brukowce potrafią wylansować dziesięć tygodniowo. Ale rzadko stykamy się z czymś wartościowym, a taka właśnie jest ta płyta. Ponadto, spróbujcie czasem wymyślić coś oryginalniejszego, niż "sześć milionów egzemplarzy". Weźmy mojego kumpla – jak powiedziałem mu: masz posłuchaj tytułowego numeru z płyty Libertines, to zareagował: "To ci z murzynem?". I wszystko jasne.

Coś mówiłem, że Libertines umieją grać? Ależ umieją. Naprawdę. Co dla osoby śledzącej wysyp aktualnych wyspiarskich odkryć powinno być niezłym zaskoczeniem, ale tak właśnie jest. Libertines nagrali kawał krwistego, żylastego punkowego mięsiwa, jednocześnie pobrzdękującego jakąś dziwnie nostalgiczną nutką. Skojarzenie z The Clash jest natychmiastowe. Po części ze względu na podstawowe założenia tej muzyki, po części z powodu głosu wokalisty. Peter Doherty legitymuje się barwą i nonszalancją performerską, które swobodnie można by uznać za przyczynę zarzutów o kopiowanie Joe Strummera. No i wioślarstwo, którym panowie zajmują się trochę jak bohaterowie filmu Kimberly – niechlujnie, bez wyczucia, laicko, lecz z zapałem i z miłości. Potrafią też nieźle przyłożyć. Dość garażowa to płyta.

Ale sam punkowy sznyt nie zapewnia u mnie 6.7, więc tłumaczę się dalej. W wewnętrznej części okładki do nagryzmolonych tekstów poszczególnych kawałków załączono odpowiednie literki oznaczające chwyty wymagane do wykonania ich w domowym zaciszu. Zupełnie jak w edycjach Parklife, czy The Great Escape Blur. Co łączy obie formacje to dbałość o wyraziste, popowe melodie. Otwierający Up The Bracket "Vertigo" opatrzony jest symbolami E / c#m / A / B / c#7 / F#m7 / B / E / G / c#m / A / B. Z pozoru wygląda to skomplikowanie, ale brzmi dość prosto i to jest dokładnie tajemnica uroku Libertines. Jest czad, ale i zanucić się da bez problemu. Podkreślam, że nie mówimy tu o kapeli nu-metalowej. Innymi słowy, progresje Libertines wywołują wrażenie przeniesienia naszych Czerwonych Gitar we współczesność, poczęstowanie ziołem ("palą wódkę, piją trawę") i zapewnienie, że "wszystko jest pod kontrolą, wszyyystko jest pod kontrolą".

Przylepiono im etykietę "brytyjskich Strokes", ale, kurwa, bez przesady. Pewnie, że garadżrokriwajwyl, lecz znajdźcie mi na Is This It? takiego wymiatacza, jak wspomniany już wyżej tytułowy "Up The Bracket". Otóż zasłuchuję się obsesyjnie w to cudo i nie mogę wyjść z podziwu, jak udało się gościom wskrzesić ducha debiutu Clash, unikając zarazem jakichkolwiek prostych zrzynek. Na wstępie dziki wrzask jak ze stadionu Premiership, z serii "zajebię ci chuju!!!", a dokładnie "get me out of it". Sama kompozycja to jazda, która zwala z nóg. Zwrotka jest typową punkową rypanką, ale sposób, w jaki akordy schodzą w dół w refrenie, trąci błyskotliwością. W instrumentalnym mostku słyszymy z oddali cichutki okrzyk podziwu ("fuck off!") i wracamy do rozkosznie melodyjnego chorusu. Palce lizać z jednej strony, z drugiej: toż to kopia angolskiej rewolty robotniczej końca lat siedemdziesiątych, a jeszcze z trzeciej: iskrzący, swawolny garaż.

Oczywiście nagranie to jest absolutnym szczytem albumu, ale w pozostałych znaleźć można mnóstwo pasjonujących wrażeń. "Death On The Stairs" to lekko spita opowiastka z pogranicza rockabilly, bluesa i starych, wiarygodnych frontmanów. "Time For Heroes" wyłania się jak nietknięty, świeżutki hymn niewykształconej młodzieży sprzed dwudziestu pięciu latek – niczego by mu nie brakowało do obecności na domniemanej, trzeciej odsłonie London Calling. Libertines pięknie chowają za pozorami cynizmu i pogardy całe pokłady przezdolnego i głębokiego songwriterstwa. Jednocześnie raczą nas pijackimi zaśpiewkami prosto z pubu dla kibiców w "The Boy Looked At Johny" (o jedenastej wieczorem), czy "Boys In The Band" (o drugiej nad ranem). Oraz zupełnie niespodziewaną, a zaskakująco udaną psychodelią z końcówki "Begging", która lepiej może pasowałaby na ostatniej płycie Smiths. Trochę odstają wylansowane "I Get Along" i singlowy, jak dla mnie strasznie przereklamowany "What A Waster", rzeczywisty powód zamieszania wokół grupy.

W "The Boy Looked At Johny" Doherty śpiewa "New York City's very pretty in the night time / But don't you miss Soho". Wydaje się, że dobre zespoły grające tak, jak się zwycięża, mają dosyć porównań do stolicy świata i chciałyby nareszcie zacząć życie własnym życiem. Kiedy tamtejsza prasa wyzbędzie się (słusznych co prawda) kompleksów, co bardziej utalentowani zafunkcjonują jako zjawisko odrębne. Niby "nie masz pan prawa", ale Libertines mają to prawo, bo są zwyczajnie dobrą kapelą. I nawet wynaleźli już własny patent rozpoznawczy. Chodzi o start/stop bębnów. Zatrzymują się nagle, by następnie wejść na szybką sekwencję stopa-werbel. Wprawdzie jest to najstarszy trik świata, ale używany w każdym niemal kawałku zdecydował, że w najbliższym czasie będę go kojarzył z Libertines właśnie. I niech tak zostanie. (Wszystkie znaki wskazują, że rock nadal ma się dobrze i niech tak zostanie.)

Borys Dejnarowicz    
10 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Fontaines D.C.Dogrel
Lana Del ReyNorman Fucking Rockwell!