RECENZJE

Liars
Drum's Not Dead

2006, Mute 3.9

Otóż okazuje się że nowy krążek Kłamczuchów jest niesamowity, świeży, bezkompromisowy z tą różnicą, że jest nudniasty, przewidywalny i na znacznej połaci denerwująco wtórny. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia, ta pierwsza część to nie ja.

Gdyby pisać tę recenzję na początku marca, należałoby wspomnieć, że płyta została nagrana w Berlinie, w zapomnianym przez historię post-NRDowskim studio z niesamowitą akustyką bla bla bla... Na dzień dzisiejszy, wiemy już, że zespół jest z powrotem w słonecznej Kalifornii, Berlin wcale nie był taki fantastish, a mi przepadł akapit solidnego wypełniacza. Aha, "krautrock", tak na wszelki wypadek wspominam bo mi się skojarzyło, widziałem w paru innych recenzjach, to co, nie będę gorszy, nie? (Między nami mówiąc, równie dobrze można by w kontekście tej płyty powołać się, dajmy na to... na pumpernikiel, whatever.) Powoli, acz nieuchronnie, zbliżamy się do sedna. Tudzież jego braku.

Przepis na tę płytę jest taki: wziąć co bardziej transowe momenty z poprzednich, ogołocić z nadprogramowych ozdobników, bas won, gitary przytemperować i powygłupiać się trochę na wokalu w stylu: "uuu... a teraz opowiem wam straszną historie o duchach". Mówiąc obrazowo – zamiast w berka, gasimy światło i lecimy w ciuciubabkę. Fajnie, fajnie, trochę jak metamorfoza This Heat między debiutem, a Deceit tyle, że w odwrotnej chronologii. Aha, Brytyjczyków wymieniam nieprzypadkowo; już w poprzedniej odsłonie wypadało ich odhaczyć w rubryczce "inspiracje", tym razem zrobiłbym to nawet grubym czarnym markerem. Zresztą, w ramach wyliczanki "ale to już było...", kierunek Wyspy i wariant wczesno-industrialny wydaje się być najtrafniejszy. No bo czegóż nie ma na tej płycie, czego nie było na wczesnym Throbbing Gristle, Cabaret Voltaire albo 23 Skidoo? Album mógłby robić za podkład programu National Geographic Ludy Pierwotne z tym, że pod koniec lat siedemdziesiątych mieli prawdziwych dzikusów, a dziś jacyś tacy przebierańcy w koszulkach z myszką Miki.

Ale dobra, załóżmy, że mi nie przeszkadza małe deja vi co drugi kawałek (a przeszkadza mi cholernie), to wszystko byłoby zasadniczo "marność", gdyby udało się na tej płycie zawrzeć coś więcej, niż coś mniej-więcej. Teoretycznie pomysł na muzykę opartą na bębnach oscyluje między dwoma filozofiami. Pierwsza wykorzystuje prymitywne, hipnotyczne rytmy w celu zniwelowania dwuprocentowej różnicy w genomie między słuchaczem, a przeciętnym szympansem. Druga, wprost przeciwnie, poprzez tworzenie zawiłych i wielopoziomowych struktur, zmusza tegoż słuchacza do ponadprzeciętnej aktywności synaps. U Liarsów nie uświadczysz ani pierwszego ani drugiego, to znaczy to co dostajemy to monotonne pasaże maczane w drone'owym sosiku z aspiracjami do drugiego, na dodatek pozbawione atutów pierwszego. Wyrwę w tym schemacie czyni tylko "Drum And the Uncomfortable Can". Dwa pierwsze kawałki, gdyby skrócić i połączyć w jeden, być może również dałyby radę (skrócić i scalić to z resztą mój pomysł na cały ten materiał). O dziwo najbardziej urzekają mnie kawałki skąpiące elementów perkusyjnych – leniwie rozwijająca się czwóreczka i szósteczka oraz najlepszy, niemal popowy, epilog to jak dla mnie clou wieczoru.

Począwszy od wydumanej koncepcji (Drum and Mr. Ktoś-tam – litości!) poprzez samą muzykę, na towarzyszących albumowi anegdotkach kończąc, wisi nad słuchaczem widmo metafizyki. Pozwólcie, że pozostanę nieczuły na te diabelskie sztuki, bo jak dla mnie Drum's Not Dead reprezentuje poziom amatorskiego seansu spirytystycznego – paru kolesi siedzi po ciemku, trzęsie stołem i buczy pod nosem – brr... straszne.

Etym. – nm. Pumpernickel 'jw.'; pierw. (XVII w.) westfalskie obelżywe określenie niestrawnego chleba; wczesny d.nm. pumper 'med. gazy, wiatry (z jelit)'; nikel zob. nikiel. (Słownik wyrazów obcych Władysława Kopalińskiego).

No patrz, a to ci dopiero!

Paweł Nowotarski    
23 czerwca 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie