RECENZJE

Les Sins
Michael

2014, Company 7.2

Gdy za kilka lat ktoś mądry podejmie się próby usystematyzowania trendów muzycznych mijającego dziesięciolecia, Chaz Bundick zostanie prawdopodobnie wymieniony jako jeden z gigantów chillwave’u, być może nawet jako jego flagowy przedstawiciel. Dziś chillwave jest już jedynie wydartą kartką z kalendarza, miłym wspomnieniem, powstałym zresztą ze zlepków miłych wspomnień swoich twórców. Sam Bundick od zawsze dystansował się od tego skądinąd kontrowersyjnego tagu, twierdząc, że jest zainteresowany raczej tworzeniem muzyki niż estetyk. "Don't try to be original, just try to be good." – powiedział kiedyś amerykański grafik Paul Rand i właśnie to zdanie Chaz przygarnął sobie – jak sam twierdzi – jako motto przy tworzeniu pierwszego długograja sygnowanego nazwą Les Sins. Ale przecież równie dobrze moglibyśmy je podciągnąć pod prawie każdy ślad działalności tego arcyutalentowanego Amerykanina, i mam tu na myśli zarówno regularne wydawnictwa, jak i porozrzucane gdzieś po sieci fikuśne singielki.

Nie dajcie się zwieść internetom, jakoby Les Sins miało być side-projectem – Bundick wielokrotnie podkreślał, że swoje "bardziej tanecznie zorientowane wcielenie" traktuje równie poważnie, jak to szerzej rozpoznawalne. Mnie to właściwie rybka, pod jakim pseudonimem Chaz wydaje kolejne albumy, ale też nietrudno skumać, skąd ta dwubiegunowa nomenklatura. W Toro Y Moi w gruncie rzeczy chodzi o songwriting, Les Sins jest z kolei zaspokajaniem ambicji stricte producenckich. Oczywiście oba te światy w naturalny sposób wzajemnie się przeplatają – tak jak w utworach Toro szalenie istotny jest także czynnik brzmieniowy (co fenomenalnie spuentował Paweł Sajewicz w swojej relacjo-recenzji Underneath The Pine na łamach Screenagers), tak utwory z Michaela – choć zachwycają głównie wycyzelowaną, piętrową produkcją – potrafią zaskoczyć też fantastycznymi sztuczkami harmonicznymi. Chodzi raczej o rozgraniczenie klasycznej, popowej konwencji (w sensie bardziej piosenkowej) od repetycyjnych, technicznych form, z jakimi zwykło się kojarzyć okropnie nieprecyzyjne określenie "muzyki elektronicznej". Tak właśnie Bundick opisuje swój najnowszy album – jako płytę z rozmaitą muzyką elektroniczną, a jako że jest to niesamowicie osłuchany typ, Michael promieniuje dziesiątkami pomysłów i uchyla się od jednoznacznej kategoryzacji, przekrawając na wskroś oś rozwoju EDM-u od pionierskich zabaw Morodera po najświeższe undergroundowe tendencje.

Wszystkie poprzednie utwory Chaza jako Les Sins, choć znakomite, brzmiały trochę jak nonszalanckie wykwity wunderkinda – brakowało czegoś, co kodyfikowałoby jego fascynacje, czyli po prostu spójnego, regularnego wydawnictwa. I trzeba przyznać, że Michael całkowicie wywiązuje się ze swej roli, dostarczając jedenaście przemyślanych i skrojonych z zegarmistrzowską pieczołowitością produkcji. Zachwycają otwierający, wymuskany deep house "Talk About" (który mógłby pełnić rolę łącznika między zniewalającym powabem Music For The Uninvited Leona Vynehalla a zbrutalizowanymi odjazdami Todda Osborna), fourtetowski festiwal cięć w "Bother", cudownej urody downtempo "Do Right" czy podskakujące, zainfekowane ejtisowym funkiem "Sticky". Absolutnym highlightem jest tu jednak "Call", w znany jedynie Bundickowi sposób spajający intensywną duchotę Night Slugs, rave’owe tąpnięcia syntezatorów i prog-popowe zacięcie na miarę 2014 roku. Gdyby Michael utrzymał poziom tego małego arcydziełka przez całą swą długość, prestiżowy tytuł albumu roku byłby raczej gwarantowany. Bywa jednak i tak, że utwory są "zaledwie" dobre, jak niby ciekawie przywołujący Gesaffelsteina, lecz na dłuższą metę męczący "Minato" czy pulsujący, niezbyt zaskakujący letniak "Why" z Nate'em Salmanem na wokalu. To chyba jedyny zarzut, jaki można wysunąć: nierówność materiału i w konsekwencji lekki niedosyt. Jednak całościowo Michael to bez wątpienia świetna płyta, wpisująca się w tłustą serię rokrocznie okupujących porcysowe listy krążków Chaza. A podobno nowy Toro Y Moi już w drodze – witaj nowy roku, widzimy się za miesiąc!

Wojciech Chełmecki    
29 listopada 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy