RECENZJE

Les Savy Fav
Root For Ruin

2010, Frenchkiss 5.9

JM: Łatwo dissować nowy album Les Savy Fav, w zasadzie przed pierwszym przesłuchaniem miałem już gotową recenzję w głowie: że grają ciągle to samo, że szczekanie Harringtona nie przeraża tak jak kiedyś, że pewnie nawet Janek Błaszczak nie dozna. Nie wiem jak z tym ostatnim, ale pierwsze dwa argumenty są trafione a mimo to album ociera się o świetność. Okazuje się bowiem, że panowie, zwłaszcza w pierwszej części albumu, nie zapomnieli jak wycinać na gitarze z głową i nie na ślepo. To dla takich kawałków jak "Appetites"czy "Dirty Knailes" wymyślono słowo "wyjadacz". Zresztą nawet gdy Harrington wysila oko by uronić łzę – patrz świetne "Dear Crutches" czy opowiadające o Kreuzbergu Los Angeles "Sleepless In Silverlake" – czuję melancholię, man. Oczywiście nie ma mowy o powrocie Les Savy Fav do tworzenia historii, ale tak jak trudno zarzucić Sonic Youth, że nagrali Sonic Nurse, tak i teraz z uwagami o domu seniora należy poczekać przynajmniej do następnego albumu.

RG: Twórczość Les Savy Fav poznałem w ciągu poprzedniej dekady podczas różnych etapów rozwoju sytuacji w świecie niezalowym, ale zawsze pod koniec świeżo przesłuchanej płyty byłem jak trzynastolatek gotowy w każdej chwili walczyć o gitary. Teraz męczyłem się, kwęczałem nad Root for Ruin i nie było żadnej podbudowy małego rockistowskiego ziarenka. Cholera, żeby móc bezproblemowo przesłuchać tę płytę kolejny raz musiałem włączyć sobie Unreal Tournament i walczyć o zdobycie bazy w trybie Assault. To zdecydowanie wywindowało ocenę do góry, bo patenty poznane na wcześniejszych płytach nie przeszkadzały, a dobry refren, przejście, brzmienie utworu łapały uwagę. Root for Ruin ma takie piosenki w składzie jak "Let's Get Out of Here", "Excess Energies" czy "Lips 'n Stuff", więc trudno nazwać ją złą płytą. Problem polega na tym, że jeżeli znasz cokolwiek co nagrali przed 2007 rokiem, to już się nie zachwycisz.

RP: Tak, Root For Ruin to na pewno starzenie się z godnością, a to co dzieje się na tej płycie z gitarami musi robić wrażenie na każdym, kto na gitarach się wychował; szkoda tylko, że te z przenajróżniejszych stron potraktowane riffy nie robią jak niegdyś niezal-przebojów. Bo, że nie jest jak niegdyś nieprzewidywalnie, cóż, to już nie czasy Rome EP. Do wykazu klasowych kawałków dopisałbym może dla przykładu numer szósty – "Poltergeist", choćby dlatego, że nie przypominam sobie, żeby LSF wcześniej bawili się transowością Public Image Ltd., co wychodzi dość świeżo, natomiast skreśliłbym z niego "Let's Get Out of Here", bo jest chyba najbardziej przewidywalny, z miałkim refrenem. Choć oczywiście łezka mi się w oku potrafi zakręcić za starym, dobrym LSF, kiedy pomyślę, że ubiegłoroczne Japandro, czy tegoroczne Wavves, choć wymiatają przecież niewąsko (to nowe Wavves jest naprawdę dobre!), nie mają takich jaj jak Harrington z zespołem na wysokości wspomnianego Rome. I tego właśnie brakuje.

ŁK: Żadnych słuchowisk, żadnych wolnych epików, żadnej ekscytacji. Root For Ruin to pierwsza płyta Les Savy Fav, która brzmi dokładnie tak, jak można by sobie wyobrazić kolejną płytę Les Savy Fav. Nabuzowane wejście "Appetites" jest takie... niepodniecające. Formuła tych "szalonych" punkowych piosenek jest już tak silnie zdefiniowana i przewidywalna, a zespół tak mocno się jej trzyma, że mogę tylko powiedzieć "nie no, spoko".

Jędrzej Michalak     Radek Pulkowski     Łukasz Konatowicz     Ryszard Gawroński    
20 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie