RECENZJE

Leon Vynehall
Nothing Is Still

2018, Ninja Tune 8.0

Już Music For The Uninvited zainspirowane taśmami, których słuchali rodzice Vynehalla, było sygnałem, że – jak na prawdziwego pioniera przystało – wyjściowe genre, w tym przypadku house, jest zaledwie punktem wyjścia, zaczepienia na skraju sentymentalnej, wręcz duchologicznej wędrówki. Każdy koncept album ma w sobie coś z precyzyjnie zakreślonej podróży. Banał, ale jakże doniosły, kiedy uświadomimy sobie, że Vynehall stworzył coś w rodzaju "albumu drogi". Dedykując Nothing Is Still swoim dziadkom, którzy wyruszyli za ocean, do Nowego Jorku, za pomocą subtelnej konceptualności w niesłychanie precyzyjny sposób (ale tak, jak precyzyjny może być impresjonizm) kreśli uczucie emigrowania. "From The Sea" nie może być bardziej dosłowne, kiedy w 4 minucie pojawia się syntezatorowe odwzorowanie dźwięku parowca. Coś, co bardzo mnie ujęło i co już pojawiało się na poprzednich produkcjach Leona, to delikatnie wyeksponowana nostalgia, która w zestawieniu z filmowymi wręcz smykami doskonale współgra z charakterem emigracji jako podróży nie tylko w inne miejsce, ale często również w inny czas i epokę.

Zmiana, zasygnalizowana w "Midnight On Rainbow Road" i niektórych wątkach dwóch poprzednich albumów, na Nothing Is Still przyjmuje już w pełni rozwinięte formy. House'owa rytmika zawsze była dla Vynehalla zaledwie przyczynkiem do rozwijania swoich melodyjnych arpeggiów. Tutaj w większości służy jako ukryta pulsacja, pozbawiona lub maksymalnie okrojona z wyraźnego rytmicznego szkieletu, i działa na rzecz rozedrganej ambientalności. Podobnie z BPMami (tyle że w techno) obchodzi się Gas czy Porter Ricks na Biokineticks. To właśnie dzięki przesunięciu akcentów na tło kosztem parkietu (lub też mikro-taneczności, vide: "Drinking It Again" – glitchowe kliki ewoluują w microhouse) Vynehall wywołuje duchy wspomnianej nostalgii - uczucia, które świat codzienny, teraźniejszy wywraca na lewą stronę. Tam gdzie teraźniejszość żyje obok przeszłości, wspominek o przodkach – Nothing Is Still. Przygodność wszelkich konstrukcji wspaniale odzwierciedla okładka albumu. Nothing Is Still traktuję również jako szary rewers barwnego Rojus (Designed To Dance), co wpisuje się w bogatą tradycję tanecznych producentów, którzy równie dobrze radzili sobie z szeroko pojętą muzyką afteru.

"English Oak" podejmuje flirt z introwertycznym akceleracjonizmem Onehotrix Point Never czy też post-industrialnym ambientem Tima Heckera. "Julia" to najpiękniejszy hołd złożony Boards Of Canada w ostatnich latach. Ambient jest od jakiegoś czasu jednym z najbardziej żywotnych gatunków – czy to jako część popowego deconstructed club, gdzie jako integralny element industrialności stanowi część postpopowej aranżacji, czy jako genre sam w sobie, muzyka tła – idea tak bliska temu, jak w czasach nadmiernej stymulacji konsumuje się muzykę. Dlatego też nie zdziwiła mnie precyzyjna rekonstrukcja "Trouble", gdzie Vynehall prowadzi arpeggiowy trans bliski Tangerine Dream, a w tle pobrzmiewa ekstatyczność Klausa Schulze. Redaktor Marczuk słusznie zauważył również powinowactwo ze składanką Blunted: The Edinburgh Project i chyba trackiem najbliższym tej estetyce jest "Envelopes". Jeśli mowa o ambiencie, to "Ice Cream" wypada jako najbardziej ambientowy numer ze wszystkich – smyki od razu przypomniały mi "dlp 1.1" z Disintegration Loops.

Z jednej strony mamy do czynienia z albumem, który chciałoby się wpasować w etykietki miejskiego chilloutu, relaksu i ogólnej beztroski (a są to tendencje coraz silniejsze, wystarczy przypomnieć sobie ostatnie nagrania Ross From Friends, Peggy Gou, Pool Boya czy też E Ruscha V, mimo że bliżej im do plaży), z drugiej – już w parę sekund można się zorientować, że konceptualne/aranżacyjne pomysły Vynehalla sięgają dalej niż zabawa "elektroniczną muzyką tła": mają na celu szlifowanie house'u do tego stopnia, że na horyzoncie zaczyna pojawiać się ambient, wątki modern classical, glitch, lounge, chillout i kto wie, co jeszcze (Ninja Tune zobowiązuje). O ile piewcy zeitgeistu bawią się w klubową dekonstrukcję, Vynehall funkcjonuje gdzieś z boku – nieco zatopiony w przeszłości (nie tylko house'owej), redefiniuje ją i przesuwa granice gatunkowe, wpisując się przy okazji w ogólną tendencję mieszania wszystkich dostępnych gatunków elektroniki. Nie wiem jak wy, ale ja nie potrzebuję już więcej dowodów, by uznać, że Leon Vynehall to jeden z najważniejszych muzyków tej dekady.

Jakub Bugdol    
25 lipca 2018
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25