RECENZJE
Leon Vynehall - Music For The Uninvited

Leon Vynehall
Music For The Uninvited

2014, 3024 8.3

House wraca do domu (via Portsmouth) w wielkim stylu. Leon Vynehall odrobił matmę i wyprodukował materiał niesamowicie aktualny, będący symetrycznym odbiciem innych fascynujących estetyk wypływających bezpośrednio z voguingu i sceny ballroomowej, takich jak nowojorski queer rap czy chicagowski juke, z jednej strony nie cofając się przed sięgnięciem po ich potencjał krytyczny, z drugiej domykając kilka lat naszej zajawki fascynującym, ''metafizycznym” housem, od Sprinklesa (bardzo ważny punkt odniesienia) po Coyote Clean Up czy Fort Romeau – i wkracza do tego mikrokanonu z prawdziwie imponującym rozmachem. I jeśli Twój Mykki Blanco czy Le1f zawdzięczają wiele house’owym patentom, to tu rapowe i soulowe inklinacje podane są w jeszcze bardziej synergicznej zawiesinie.

Nazwanie Vynehalla Le Corbusierem deep house’u gdzieś na RYM­ie wynika oczywiście z uproszczonego obrazu teorii architekta, synestetycznej łatwizny i zdziecinniałego obrazu modernistycznej bryły, a jednak dzięki takim rzuconym lekką ręką asocjacjom przy ''Christ Air” myśli mimowolnie uciekają do domku Corbusiera w Cap­Martin, z widokiem na drzewo Deku, gdzie mógłbym siedzieć i nie obraziłbym się na tak żywotny i organiczny soundtrack przywołujący najlepsze momenty Moon Safari. I to wszystko chwilę po ''It’s Just (House of Dupree)” samplującym Dillę i klasyczny film o kulturze voguingu, Paris Is Burning oraz kilka indeksów po oszałamiającej wirtuozerią (niech sobie Leon nie żartuje z tym odżegnywaniem się od perfekcjonizmu, Leonie!) i kipiącej tłustym groovem linii basu z ''Be Brave, Clench Fists”. I jako wprowadzenie do zamykającego, wzruszającego ''St. Sinclair”, które wraz z podniosłym, smyczkowym intrem stanowi klamrę spinającą ten zadziwiający album.

Mimo, że manifestowa retoryka pojawiająca się tu i ówdzie budzi oczywiście skojarzenia z Midtown 120 Blues, ideologicznego ciężaru jest tu jednak mniej. W zamian za to uważny słuchacz otrzymuje nieskalane piękno, elegancję do rwania jak płatki z bukietu cukrowej waty, pulsujący mikroalbum do chłonięcia od początku do końca. Taki odbiorca może wyróżniać monumentalne linie basu, może przedkładać patenty house’owej melodyki pokryte patyną białego szumu nad rygorystyczną wizję cięcia skrawków wokali, ale w ostateczności odnajdzie tu stanowisko erudyty osadzonego w swoim czasie, sięgającego po pamięć taśm, melodyczny eklektyzm i powagę, której nie brakuje wentyli poczucia humoru.


Łukasz Łachecki    
1 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie