RECENZJE

Lee Gamble
Mnestic Pressure

2017, Hyperdub 7.0

Przeprowadzka. Ktoś tu chyba zdradził Ideały Sierpnia, przenosząc się z kazamatów alternatywnego techno undergroundu wprost w objęcia bogatego majorsa, godząc się na wspólne dzierżenie sztandaru marki Hyperdub z takimi ludźmi jak Burial, DJ Rashad czy Jessy Lanza. Ch-ch-ch-ch-changes! – jak to sobie śpiewał Bowie. Czyli komfortowa dla słuchacza sytuacja, połączona z serią przedpremierowych myśli: czy zastrzyk gotówki sprawi, że Gamble (i nie tylko on), wiedziony okazją, wyciągnie ukrywane karty z rękawa, odmieniając charakter swojej muzyki? Czy może wręcz przeciwnie – to koniec…? Komfortowa niewola w złotej klatce zabijająca wszelką inwencję? Oddanie duszy diabelskiej KOMERCJI, czyli wejście w świat wielkich interesów, poruszających się po stabilnej przestrzeni słów-kluczy, tabelek i wskaźników aktualnych trendów w Google Analytics? Można sobie gdybać, ale to, co łączy oba te warianty w jedno, to pewny i dziany kanał komunikacyjny, zapewniony przez hojny mecenat, pozwalający pochodzącemu z Birmingham producentowi bezproblemowo sączyć swoje dekonstrukcyjne eksperymenty wprost w ucho niespodziewających się niczego słuchaczy.

Wyszedł krążek, wyszła nowa muzyka i rozlał się wewnętrzny spokój, bo sytuacja jest komfortowa – krótki oddech ulgi zmieniający się po chwili w zwyczajny podziw. Lee zrobił to i nie tylko zachował swoje dawne idealistyczne przyzwyczajenia, ale dodatkowo kreatywnie dokonał ich rozwinięcia w nieszablonowy sposób. I niby faktycznie zapewnione środki i wszechobecna profesjonalizacja odcisnęły swoje widoczne piętno, ale w ich przypadku mowa tutaj tylko o kwestiach wycyzelowania brzmienia, a to, co staje się tutaj kluczowe w takim nobilitującym odczytaniu, to ambitna zmiana kompozytorskich rozmyślań nad dźwiękiem. Rewolucja, czyli to, jak te – zdawałoby się – proste i bezpośrednie konstrukcje, składające się na poprzedni album Koch, w nowym wydaniu zmieniają się w serie subtelnie kutych motywów, które z jednej strony w łatwy sposób wprowadzają w stan ustawicznego zaskoczenia swoją unikalną pomysłowością, z drugiej nigdy nie narzucają się słuchaczowi atencyjnie, jak zdezelowana kurtyzana, szafując sobą na pierwszym planie.

Tak, płyta jest zdecydowanie trudniejsza w odbiorze od poprzedniczki i powodzenia z młynkami na parkiecie przy tych pokręconych rytmach. Bo to właśnie na nich, na wyszczególnionej sekcji rytmicznej, miejscami wzbogaconej minimalnymi dawkami ambientowo-IDMowych plam, opiera się trzon całej tej skomplikowanej zabawy. A to, co stanowi o genialności tych struktur i dlaczego mówimy tutaj o albumie świetnym, a nie tylko o porządnie odrobionym zadaniu domowym, tkwi w skromności używanych środków wyrazu: w niezwykle oszczędnym stosowaniu gruzów i strzępków melodii. A nawet, gdy i tak cudem zdarzy się, że wyjdą one na wierzch – te wszystkie sample i synthy – to zawsze przybierają zdezelowane senne oblicza, wydające się tylko halucynogennymi konstrukcjami, rozmytymi dźwiękami dochodzącymi zza sąsiedniej ceglanej ściany.

Pozostają jeszcze kwestie rozbicia i żonglowania utartymi schematami. Postmodernistyczna gra, naturalnie prowadząca do odbiorczej zagwozdki – bo z jednej strony Lee wraz ze swoją twórczością zapisał się w świadomości odbiorców popisową umiejętnością brania utartych elektronicznych motywów i intelektualnej zabawy nimi. I z tego powodu, owszem, można propsować wszelkie odbieganie od norm, jednak zawsze prędzej czy później, przy tego typu podejściu do muzyki, zawsze pojawi się to najbardziej fundamentalne pytanie – czy to nie jest po prostu sztuka dla sztuki? Beztreściowa bragga, pokazanie, gdzie się w tym świecie bywało...

I w sumie z tego powodu odwalałbym se jakieś kłamliwe tańce, chłodnym słowem rzucając komunały kopiowane z ogólnej dyskusji nad tą płytą, mówiąc, że jest nowatorska, plując innym tego typu beztreściowym słowotokiem, ukrywając w głębi ducha, że pozbawione kontekstu podejście do płyty to cholerna tortura dla ucha, a cała rzekoma przyjemność skoncentrowana zostaje tylko i wyłącznie wokół podjarki niestandardową konstrukcyjną elokwencją. I fajnie, że to wszystko jest oryginalne, niestandardowe i otwiera oczy niedowiarkom, "ale co z tego, jak kurwa nie da się tego słuchać". Z Anglikiem sprawa się komplikuje/upraszcza, bo tak mi szczęśliwie po czasie to wszystko siadło, ukazując, że Mnestic sam w sobie, jako czysta muzyka sama w sobie, broni się wybornie – ten klimat, te wszystkie niezobowiązujące sample, ambientowe kolaże (ostatni kawałek z wybijającym z równowagi perkusyjnym uderzeniem… pamiętacie zamknięcie Laughing Stock?) – a jego odsłuch, może zgryźliwy, brutalnie atakujący zmysły, wciąż jest grą wartą świeczki. Nie pozostaje mi nic innego, jak tylko dać Lee Gamble’owi za ten intrygujący materiał siedem Aphexów na dziesięć, życząc szczęścia jemu i nam w nadchodzących muzycznych latach.

Michał Kołaczyk    
10 listopada 2017
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"