RECENZJE

LCD Soundsystem
Sound Of Silver

2007, DFA 6.4

Jeśli miałoby powstać przedsięwzięcie w rodzaju niezal "We Are the World 00s", na teledysku James Murphy tylko i wyłącznie z racji tatuśkowatego brzusia stałby w drugim rzędzie. Trudno wyobrazić sobie lepszego ambasadora szeroko pojętego indie-półświatka bieżącej dekady. Muzyczny styl objawiający się w kłębach dyskotekowego dymu i przy błysku stroboskopowego światła na dźwięk magicznej formułki "DFA" to kwintesencja muzycznego eklektyzmu, inteligentnie maskowanej przebojowości oraz pogodzenie ze sobą postulatów taneczności i niezależności, które zdecydowały się na separację gdzieś na wysokości lat osiemdziesiątych. Już pierwszym singlem "Losing My Edge" Murphy zaszedł krytyków od tyłu i wbił im w plecy sztylet bezpretensjonalnej szczerości. Nonszalancko rzucając obszerną listę swych inspiracji zbezcześcił niepisane zasady branżowej ciuciubabki, podczas której, oni, artyści, starają się zaskoczyć nas arktyczną świeżością swoich wyziewów, a my, krytycy, koncentrujmy swoje siły witalne na wygrzebywaniu resztek minionych delicji spomiędzy ich zębów. Stąd zasadniczy problem: do której skały, my samozwańczy bogowie, mamy przykuć tego oto Prometeusza, który ośmielił się wykraść nam rozjaśniający ciemności ogień muzycznej erudycji? Czy jest to zaledwie zręczny kuglarz zaprzeszłych stylistyk, czy też może natchniony twórca nowych?

Pierwsza płyta LCD to był moment kiedy postawione przez mnie pytania wzbudzały jeszcze emocje (porównajcie podjarkę Koniuszego z moim tutaj wyrachowaniem). Potem pojawił się 45:33 i odpowiedź zdawała się być w zasięgu ręki, nogi, głowy i w ogóle wszystkiego co można wprawić w ruch siłą własnej woli. W porównaniu do debiutu mix ten nie denerwował stylistycznym rozrzutem jak pepesza. Był to okaz niszczycielskiej dojrzałości, spójnej satelitarnej wizji pola walki, skrupulatnego wyliczenia trajektorii w celu ograniczenia ofiar wśród co bardziej wrażliwych na zapożyczenia cywili. Oczywiście to nadal był przekrój poprzeczny przez regał z winylami datowanymi na lata 70–80 dokonany przy zachowaniu dzisiejszych standardów technicznych i w oparciu o doświadczenia znamienitych uczonych z współczesnych ośrodków elektronicznych, tyle, że dokonany pod dyktando twórcy w pełni panującego nad swoim warsztatem. I tak dochodzimy w końcu do Sound Of Silver, a mi przychodzi odpowiedzieć na nurtujące nas pytanie. A brzmi ona... (werble) zaraz, jakie było pytanie? Aha, dobra, jeszcze raz. A odpowiedź brzmi... "Eeee, kogo to obchodzi, ja chcę wypasionej muzyki!".

Owszem, nowe LCD jest płytą świetną, dopieszczoną w całości i w szczególe, logiczną, doskonały prezent dla mamy, dla taty, brata, babci, górników, hutników, Aborygenów i koła gospodyń wiejskich spod Brzeszcza. Tak, gościu to potrafi, wie co i jak, pod którym grzybkiem hi-hatów jest wioska smerfów, jaka kombinacja bitów z automatu perkusyjnego otwiera bursztynową komnatę i jak odnaleźć hiszpański galeon w głębinach syntezatora. Tour de stajl odchodzi w najlepsze. Pierwszy z brzegu "Get Innocuous!" rozpoczyna zimnym Kraftwerkowym motywem, w dalszej kolejności nadpisanym żywą perkusją w stylu nowojorskiego disco–stompu, podbija wokalem kroju Talking Headowego circa Eno, a kończy na awangardowej wiolonczeli, i jestem pewien, że jakby pogłówkować to jeszcze parę pararelii można by z tego kawałka wydusić. Jeśli więc ktoś na gwałt potrzebuje nadać patrona szkole muzycznej, a Jan Paweł II jest już w jego gminie zajęty, to doprawdy nie widzę przeciwwskazań, żeby był to współtwórca DFA. Co więcej, przy okazji nowego albumu okazuje się, że ty blaszany drwalu zawsze miałeś serce, ty strachu na wróble od dawna posiadałeś rozum, ty lwie nigdy nie byłeś tchórzem, a ty Jamesie Murphy już dawno pisałeś intrygujące teksty.

Czemu jednak przy tych wszystkich laurkach najchętniej trzasnął bym tą płytą w stół i wrzasnął: "to jest potwarz, żądam satysfakcji!"? Bo my już to wszystko słyszeliśmy, już do tego tańczyliśmy, już się tym podniecaliśmy w innych recenzjach, w innych wątkach, na innych forach. Owszem Sound Of Silver robi wiele rzeczy lepiej, ale posłuchajcie "Us V Them" i powiedzcie mi, że ktoś tu nie zjada własnego przedłużenia dupy tyle, że w wykwintnej panierce (wspomniane wcześniej "Get Innocuous!" to przecież wariacja nad "Losing My Edge", i tak dalej). Nie, nie mam za złe, że krążek odgrzewa motywy z 45:33; mam za złe, że nie dokłada do nich innych, równie dobrych. "Someone Great" wijący się w torsjach melancholijnych syntezatorów i delikatnych cymbałków, "All My Friends" dyndający z New Orderowym wdziękiem na pętli z minimalistycznego pianina, plus wspomniany opener i parę momentów tu i ówdzie to stanowczo za mało, żeby rozpocząć proces mumifikacji komplementami. Właśnie gdyby nie ta posucha w kwestii okupujących pamięć hooków, myślę, że spokojnie dałoby się siódemkowo zaksięgować deficyt produkcyjnej świeżości. A tak, cała okazała budowla ulokowana pod adresem "ul. Arcydzieło Wyszukanego Popu 2000/10" niebezpiecznie przechyla się w stronę solidności i nie, nie sądzę, żeby tego rodzaju odchylenie miało nadać jej z czasem status landmarku. Za to jej architekt do statusu ikony bieżącej dekady, może sobie dopisać nowy podpunkt – denerwującą szóstkowość.

Paweł Nowotarski    
2 kwietnia 2007
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie