RECENZJE

LCD Soundsystem
LCD Soundsystem

2005, DFA 7.1

I NEVER HAD AN EDGE

Czuję się mały przy Jamesie Murphym. Ma 15 lat przewagi, ale w jego wieku nie będę pewnie w połowie tak cool. Cholera, nie mam nawet gramofonu. A tu "This Heat, Pere Ubu, Outsiders, Nation Of Ulysses, Mars, The Trojans, The Black Dice...". Gdybym chciał wyprowadzić wzór na jego kolekcję płyt, byłoby to pewnie coś jak 500x!, gdzie x oznacza moją kolekcję. James Murphy jest z Nowego Jorku, jest w DFA (NYC + DFA = ok. 14/10). Wyprodukował i napisał sporą część mojej ulubionej muzyki ostatnich kilku lat. James Murphy mnie zawstydza, ledwo czuję się kompetentny pisać recenzję jego płyty.

DON'T EVEN LOOK AT MY RECORDS

Eklektyzm, postmodernizm, nejmczeki. W tej dekadzie cokolwiek może być hip (a dwa razy bardziej, jeśli jest na tym logo DFA). Ta płyta skacze po różnych momentach w muzyce między 1968 a 2005. Jest trochę dance-punku, do którego Murphy nas przyzwyczaił, jest garage-rockowy "Movement", są ewidentne emulacje The Beatles ("Never As Tired As When I'm Waking Up") i Eno ("Great Release"), wszystko z charakterystycznie suchym brzmieniem bębnów. Ten album krzyczy "2005!"; trudno wyobrazić sobie czerpanie z tak odległych źródeł kiedykolwiek przedtem. Są tu motywy, które jeszcze niedawno zaprzeczałyby sobie. Nawet w obrębie jednej piosenki – "Movement" z Andy Gillowatą drapiącą gitarą i kwaśnymi syntezatorami.

Zatem opcja z serii "czego tu nie ma!". Nie ma niczego porównywalnego z "Beat Connection" ani "Yeah". Tylko seksowne elektro "Tribulations", "On Repeat" i w mniejszym stopniu "Disco Infiltrator" zbliżają się do tego poziomu. W jednym z tegorocznych wywiadów Murphy powiedział "Disc two, every song has a certain amount of attention to it because it was on its own. The album, I was trying to do a whole album so some of the songs on the album don't have...". ("Disc two" to druga, bonusowa płyta zbierająca single poprzedzające lp) i ma zupełną rację. To jest cholernie solidny longplay, ale Jamesowi lepiej wychodzą pojedyncze, dziesiątkowe tracki. Wszystkie piosenki mieszczą się gdzieś między "niezłe" a "świetne", ale nigdy nie jest to "klasyczne".

I WAS THERE IN, UHM, ŁUBU-DUBU WITH BORYS, I TOLD HIM "DON’T PLAY 'LOVE AT FIRST SIGHT'", THEY WON’T GET IT

Nie można wyrwać LCD Soundsystem z kontekstu. Murphy jest hipsterem nagrywającym piosenki o hipsterach dla hipsterów. Czasami ocierając się nawet o dissy w "Movement" i "On Repeat". Wszystko to puszczanie oka, autoironia, ale jednocześnie Murphy wspina się bez wysiłku na pozycję ikony pretensjonalnych młodzieńców, którzy będą się doszukiwać się najdrobniejszych odniesień w jego muzyce. Może nawet zatańczą z kimś publicznie do "Daft Punk Is Playing At My House" z sercem kłutym przez mentorskie "I'll show you the ropes, kid". Nie da się mówić o tej płycie i skupić się tylko na muzyce. To wielki kulturowy kloc, symbol czasów, gadget sezonu. Mieć ją na półce to jak otrzeć się o wszystkie winyle jej autora.

I DON'T KNOW WHAT I REALLY WANT

W wywiadzie, który już cytowałem Murphy mówi, że jest tyle klasyki, że ciężko się z niej odkopać i z czystym sumieniem przejść do rzeczy nagrywanych dzisiaj. I ma ogromną rację. Dlaczego drań jeden musi mi na każdym kroku przypominać jak mało płyt słyszałem? Dlaczego nie kupiłem jakiegoś brakującego Bowiego czy Can? Dlaczego czytacie moją recenzję, a nie coś Lestera Bangsa?

Łukasz Konatowicz    
26 października 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie