RECENZJE

LCD Soundsystem
American Dream

2017, Columbia 6.0

Pomijając soundtrackowo-użytkowe 45:33, dyskografia LCD Soundsystem to dla mnie jedna i ta sama płyta. Proces jej powstawania wyobrażam sobie w następujący sposób: Murphy-erudyta przegląda swoją imponującą, płytową kolekcję, wybiera z niej ilość albumów odpowiadającą ilości tracków, które przygotowuje akurat na kolejny LP, a następnie przekłada ich zawartość na (co by nie mówić, na tę chwilę już dość rozpoznawalny) język swojego projektu. Odbiór tych wydawnictw, jak na mój gust, w największym stopniu determinuje rozpoznanie i stosunek do tych zabiegów. Muzyczny laik odcięty od kanonu zeszłych dekad to opcja numer jeden. Potencjalny wyznawca Murphy'ego bezrefleksyjnie nabierający się na jego szwindle. Drugi typ to odbiorca osłuchany, który utworów Soundsystem nie traktuje już w kategoriach inspiracji czy hołdów, a raczej zrzynek i profanacji. Trzecia możliwość, do której chyba mi najbliżej, to świadome pogodzenie się z takim stanem rzeczy, które nie przychodzi wcale tak ciężko, bo wpływy, którymi Murphy żongluje podane są, w większości przypadków, w sposób może i mało wyrafinowany, ale elegancki i niezwykle sprawny. W związku z powyższym nie obrażam się na Amerykanina, a każdą z tych płyt (najnowsza nie jest wyjątkiem) oceniam umiarkowanie entuzjastycznie.

W przypadku American Dream równie ciekawe lub nawet ciekawsze od samej zawartości płyty wydają się okoliczności powrotu nowojorskiej formacji. Dość szybki (biorąc pod uwagę nie tak dawne przykłady reunionów niektórych grup po kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu latach) powrót muzyków rodzi pytania o autentyczność spektakularnego w swoim rozmachu (pożegnalny koncert w Madison Square Garden, film dokumentalny) zwieńczenia działalności zespołu. Czy Murphy naprawdę planował zakończyć rozdział pod tytułem LCD Soundsystem i po prostu szybko zatęsknił, czy też dał się komuś na tak prędki powrót namówić? A może cały ten proces to precyzyjnie zaplanowana akcja marketingowa nastawiona na zysk, przeprowadzona przez cynika świadomego potencjału drzemiącego dziś w rozstaniach i powrotach bądź co bądź WAŻNEGO dla wielu zespołu? Daleko mi w tym przypadku do objęcia zdecydowanego stanowiska – dopuszczam obie możliwości. Niezależnie od tego, jak to faktycznie wyglądało, Murphy i jego świta wyszli na całym tym zamieszaniu najlepiej. Dochody ze wszystkich okołopożegnalnych pomysłów liczono w grubych milionach, a reakcje fanów i prasy muzycznej na niespodziewany powrót z zaświatów właściwie nie mogły być negatywne.

Tak więc Murphy na omawianym longplayu przemawia do nas z wygranej pozycji i znów udaje mu się nie zawieść (mógłbym napisać, że moich również gdybym jakieś miał) oczekiwań. Lista tropów, po które sięgnął tym razem wygląda następująco: "Oh Baby" – Suicide "Dream Baby Dream" + Cure "Plainsong", w "Other Voices" mamy Talking Heads (polirytmia, tytułowy zaśpiew) i sprytnie ukryty autoplagiat – bas z “Too Much Love", reszta powiedzmy z "Us V Them". W "I Used To" na wysokości "So where'd you GOO?", po raz pierwszy wkrada się Bono (aa, zapomniałem dodać, że drugą co do istotności cechą albumów LCD mającą wpływ na ich recepcję, jest częstotliwość z jaką Murphy naśladuje lidera U2), a i track ogólnie do skipowania, "Change Yr Mind" to Bowie – dwie płynące równolegle linie wokalne plus pijana gitka. "How Do You Sleep?" (heh) rozpatrywać można w kategoriach komediowych. Kolejne nudne Bono-zawodzenie nagle zyskuje otoczkę mocarnych bitów Knife – efekt, choć komiczny, nieumyślnie przysparza sporo frajdy. Indeks szósty i połowa dziesiątego jadą w głównej mierze na rozwiązaniach z repertuaru Kraftwerk, a w siódmym, chyba najsłabszym na albumie, U2 wkrada się niestety nie tylko w wokalnej manierze Murphy'ego. Utwór brzmi jakby Irlandczycy połączyli siły z Arcade Fire zasłuchanymi jeszcze w Springsteenie, czyli nienajlepiej. Tytułowy to basowo-synthowy walczyk, kojarzący się na przemian z grupą Berlin i "A Real Hero" College.

U Amerykanów wszystko więc po staremu. Inspiracje podane są na talerzu i nawet youtube'owi komentatorzy nie mają problemów z ich dokładnym wyłapaniem, co, podkreślę raz jeszcze, wcale tym kawałkom nie umniejsza. Pierwsza połowa albumu, może z wyłączeniem utworu numer cztery, to całkiem sensowna i wciągająca podróż wgłąb szafy grającej Murphy'ego. Oczywiście gdyby typ w pewnych momentach odłożył mikrofon wyszło by mu na dobre, ale jak już wspominałem nie mam wobec tego projektu właściwie żadnych oczekiwań – nie płakałem, nie czekałem, a i tak jestem zadowolony.

Stanisław Kuczok    
2 października 2017
BIEŻĄCE
Porcys Składak: Four Tet
Four TetNew Energy