RECENZJE

Laurel Halo
Dust

2017, Hyperdub 7.2

Już myślałem, że stacjonująca w Berlinie Laurel na dobre przepadnie w niezmąconych ćwiczeniach z IDM-owo-technicznej gramatyki wykonywanych na autopilocie (In Situ), a tu proszę – notujemy imponujący powrót do włości Quarantine. Nie myślcie jednak, że czeka was kolejna gorzka powtórka mozolnego, wokalnego materiału zrzeszonego w sieci metalicznego ambientu i szkarłatnego synthu: nikt tu nie odgrywa dobrze znanego teatrzyku cieni w geście wątpliwego triumfu. Sprawy mają się tak: Laurel postanowiła użyć swojego zmysłu reorganizacji i przemeblowała cały debiutancki album od podszewki. Wypracowane rzemiosło postawiła w pionie i zaczęła wszystko od początku. Tak powstała nowa jakość i moje strzemiączka są tak zadowolone, że kompletnie nie mają dość.

Samo wniknięcie w głąb odrealnionego gabinetu Dust odbywa się za sprawą "Sun To Solar". Niczym sekretny portal, ten zanurzony w brunatnej kałuży o oleistej konsystencji, fluorescencyjny funk powoli odsłania świat wykreowany przez Halo. Orzeźwiające uderzenie zmutowanego 2-stepu zaplątane w falujące organki, oddziaływanie Herbertowskiego ciążenia, kilka kropelek eliksiru skradzionego z inwentarza Person Pitch ("Search For Delicious") – to tylko wstęp do oniryczno-lepkiego majaka wyśnionego przez Laurel. Dalej pływające w afro-skorupce r&b "Jelly" przynosi nową dawkę rozmywających się kolorów popu, bo mogę się bronić, ale te wiązki są niebywale zaraźliwe (nie obraziłbym się, gdyby kolejny album Jessy Lanzy uderzył w takie tony). Czasem nie mogą wyjść poza te dwa podwodne koraliki, przez co zapominam o zawieszonym w przestrzeni rytmicznym łamańcu "Koinos" i gęstej jazz-historyjce "Arschkriecher" z gumowym wężem w roli basu. A to błąd, którego nie radzę popełniać – tak plastyczne rzeźby z dźwięku są dziś rzadkością (na dokładkę jest jeszcze Jelinkowy "Nicht Ohne Risiko").

Za chwilę znów "Moontalk" (nie "Moonwalk", czyli bez skojarzeń z Jacko: "nie ma takiego numeru") szykuje się do tańca przy ognisku w otoczeniu gromadki z Gang Gang Dance i znowu można wyłożyć popowe owoce na stół. Z radosnych pląsów wyrywa nawiedzony kolaż-słuchowisko "Who Won?" kontrapunktujący swawolne rozochocenie Laurel. Wyśpiewywany pod prysznicem i słyszany przez zamknięte drzwi "Like An L" pochłania jeszcze mocniej. Przy takim soundtracku ściany wydają się jakieś bliższe, a w głowie pojawiają się zawroty i ciężko stwierdzić, czy znajdujemy się w kosmicznej bańce pełnej jakiegoś przedziwnie działającego narkotyku, czy już całkowicie odpłynęliśmy w romantyczną podróż astralną, którą mógłby sprezentować na przykład Motion Graphics na swoim następnym dziełku.

I w tym momencie biorę głęboki oddech i szczerze się cieszę, że po Chance Of Rain (który całkiem mi odpowiadał), Halo zdecydowała się na tak odważną peregrynację (choć sporo zawdzięcza innym za przetarcie szlaków) w oceaniczne głębiny avant-dream-popu, afro-jazzu, funku czy przytulnego, acz niepokojącego ambientu. No i potrafiła do dryfujących, puszczonych samopas impresji dolać nadspodziewanie wiele piosenkowych drobinek, co można sprawdzić na przykład w ostatnich punktach programu. W "Buh-Bye" można sprawdzić, jak wyszło to samo bez wokalu i popu, ale dla mnie to bez różnicy, bo z każdą kolejną sesją wsiąkam coraz bardziej w intrygującą, pełną drobnych skarbów skrytych pod sypkim, srebrzystym piaskiem, topografię Dust. Czarujące granie.

Tomasz Skowyra    
6 lipca 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie