RECENZJE

Lars Horntveth
Kaleidoscopic

2009, Smalltown Supersound 7.8

Druga solowa płyta lidera Jaga Jazzist to jak na razie najciekawsza pozycja w dorobku artysty. Mamy tu do czynienia z pojedynczą 37-minutową kompozycją, stanowiącą ścieżkę dźwiękową do życia osobistego, zapis zmieniających się stanów wewnętrznych. Kaleidoscopic to muzyka płynąca z nie-klasycznych inspiracji, ale stworzona z wykorzystaniem klasycznego instrumentarium – nagrana w małym kościele w Rydze przez Horntvetha grającego na pianinie, keybordach, rogu i klarnecie oraz przy udziale 41 członków Łotewskiej Orkiestry Narodowej (34 muzyków grających na instrumentach strunowych, trzech perkusistów, klarnecista, flecista, puzonista basowy i harfista).

Od romantycyzujących i wyważonych neo-klasycznych pejzaży, poprzez stopniowanie napięcia kumulującego się w perkusyjno-puzonowych miniaturach, do atmosferycznych, gwiezdnych dolin wypełnionych glissandami harfy i fletu, ciepła aranżacja Kaleidoscopic wspomagana dyskretnie elektroniką spaja dynamiczne zmiany w organiczną całość. Nie jest to spontaniczna kolażowość Books, lecz raczej precyzyjna kalkulacja. Tytułowa kalejdoskopowość dzieła ujawnia się w jego autoreferencyjności i estetycznym zbilansowaniu elementów. Wydaje się, że tworząc instrumentalny album będący osobistym wyznaniem, Horntveth kładzie tu duży nacisk na jego (bezbłędne) techniczne wykonanie. Formalne ograniczenie w doborze środków stylistycznych, brak werbalnego przekazu, awokalność są tu równie istotne jak muzyka płynąca z głośników.

Sam artysta twierdzi, że chciał stworzyć otwartą, wielogatunkową, niekończącą się ścieżkę dźwiękową na kształt pamiętnika, której narracja biegnie swobodnie, a łuk dramatyczny dążący w kierunku intensyfikacji opowieści. Ta ambitna próba stworzenia koncept albumu w dobie mp3 zaoowocowała dźwiękową podróżą, którą ulokować można gdzieś pomiędzy Music For 18 Musicians a Chill Out KLF. Dźwiękowo, znamecheckować można tu minimalizm Reicha, eksperymenty gitarowe Jima O’Rourke, różnorodność stylistyczną Wyatta, ambientowy rock Stereolab czy też hitchockowskie ścieżki dźwiękowe tworzone przez Bernarda Hermanna. Tak naprawdę nie sposób jednak do końca prześledzić inspiracji Horntvetha, który deklaruje, że komponując, słuchał muzyki artystów tak różnych, jak Eleni Karandrui, Gil Evans, Jean-Claude Vannier, John Fahey, Astor Piazzolla, Colin Blunstone, Dr. John, Steve Van Dyke Parks, David Lynch, Yma Sumac czy Joanna Newsom.

Szkatułkowa narracja Kaleidoscopic opowiada głównie o samej sobie. Horntvethowi można zarzucić, że uwalniając się z formalnych rygorów muzyki poważnej, stworzył dzieło dwuznacznie przystępne, kapryśne, miałkie, skoncentrowaną na sobie bagatelę, która flirtuje z indie-konsumentem nieprzyzwyczajonym do Chopina czy Debussy’ego. Stawiając ten krok dokonał jednak rzadkiej transgresji pomiędzy światem muzyki klasycznej a jazzu i muzyki filmowej/popularnej. Być może uznał to za wartość, a być może komponował na luzie i zwyczajnie miał to w dupie. Tak czy inaczej Kaleidoscopic frapuje, a nadto po prostu przyjemnie się go słucha.

Tomasz Gwara    
29 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja