RECENZJE

Lapalux
When You’re Gone (EP)

2012, Brainfeeder 6.4

Trudno dziś uciec od plumkania. Barokowa ornamentyka czy to kołyszących, czy to zadumanych klików-stuków-puków, jakkolwiek by tych ułamkowych dźwięków nie nazwać, wpycha się wszędzie tam, gdzie recenzencki obowiązek nakazuje dodać przedrostek ''eksperymentalny''. ''Wpycha się'', bo zabawy takimi drobinkami często kończą się wymuszonym, wykonanym w pośpiechu ukłonem w stronę popularnego trendu, który z grzeczności skwitować można krótkim “no ładne, ładne”, by potem zaś już zgodnie z prawdą po prostu ziewnąć, a i to nie zawsze. Brytyjczyka Stuarta Howarda na tle innych plumkających artystów – choćby Shlohmo, Shigeto, Soosha, co by się aliterowało – wyróżniają nie tylko plecy dyktującego warunki Brainfeedera, ale i zdolność dekonstruowania typowych dla r&b tekstur w sposób na tyle nieoczywisty, że przymiotnik “ładny” brzmi w tym kontekście trochę jak obelga.

When You’re Gone nikomu się nie naprzykrza. Jak nie, to nie. Woli odczekać swoje, zagadać nienachalnie, choć nie zawsze uzyskuje odpowiedź. Nie od razu. Może mówi ciut za cicho, może ludzie nie chcą słuchać. Mnie również zdarzyło się wzruszyć na nią ramionami. Wiele razy. Widocznie już tak ma, że dopada cię w pół kroku, trafia do celu w najmniej spodziewanym momencie, gdy wydaje się, że już nie ma szans. Gdy zauroczenie minie, a minie bardzo szybko, usuwa się w cień i czeka cierpliwie, aż sobie o niej przypomnisz. Jeśli sobie o niej przypomnisz. Wtedy być może znów namiesza ci w głowie, tym razem czymś zupełnie innym, jakimś drobiazgiem, fragmentem drobiazgu, echem drobiazgu. Taka skromna z niej EP-ka.

Dziś na przykład highlightem wydaje mi się ''Gone'' z jej domieszką orientu, pozostającą w oszczędnym dialogu z bitami współ-labelowicza Teebsa, w której na początku egzotyczne synthy, uciekają później w obojętną szklistość w duchu sci-fi, jaką pewnie wybrałby też Kuedo pod kawałek o samotności. A jutro być może zadziała na mnie ''Moments'', skrzywione r&b z eteryczną Py na wokalu i ofensywnym finałem, który bardziej niż nieznośną agresję wobbli przywołuje chyba tłuste produkcje Timby (''More Than A Woman''?). Słowem, When You’re Gone ujmuje wyrywkowo i przypadkowo, a to w równym stopniu świadczy na korzyść tego wydawnictwa, co przeciwko niemu. Bo, owszem, każdy lubi niespodzianki, ale ileż można na nie czekać i czemu tak szybko powszednieją? Mimo mniejszych-większych kiksów, jak choćby nadmiar bodźców w ''Construction Deconstruction'', czy niedomiar tychże w tomboyowskim ''Face Down, Eyes Shut'', jeden z najszerzej komentowanych tegorocznych transferów należy zaliczyć do udanych – Brainfeeder zyskał obiecującego, solidnego zawodnika, a Lapaluxowi kibicuje teraz kilku zapaleńców więcej. Klasyczne win-win, proszę państwa.

Luiza Bielińska    
27 kwietnia 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie