RECENZJE

Land Of Talk
Some Are Lakes

2008, One Little Indian 6.3

Wbrew temu, co się niektórym wydaje, bycie muzykiem rockowym nie jest w obecnych czasach taką prostą sprawą. Nylon ze strun już się jakoś wysłużył i wypada szukać innych środków wyrazu, najlepiej nie zrywając przy tym do końca z gitarową tradycją a raczej dodając to nowe po ukośniku. Kompozycje gęstnieją z kolejnymi warstwami melodii aranżowanymi na instrumenty z coraz to innych półek. Łatwo przy tej ekwilibrystyce skręcić sobie kark, zapominając o którymś z komponentów: często – melodii, częściej – słuchaczu. Nie twierdzę, że żyjemy w takim szczęśliwych czasach, kiedy to artyści poszukują. Tendencja jest raczej taka, że Ci więksi, co jakiś czas wprowadzają nowe rozwiązania a Ci mniejsi uważają, że będą one takowymi przez najbliższych 60 albumów. Oczywiście, aby proporcja została zachowana "większych" jest znacznie mniej.

Przy tej całej dyktaturze konwergencji lubię ostatnio myśleć o alternatywie początku lat 90-tych w Stanach Zjednoczonych. Nachodzą mnie wówczas wątpliwości czy dzisiejszy admirator Water Curses nie skwitowałby piosenek Pavement wzruszeniem ramion i jakąś uszczypliwą uwagą o radiostacji dla nauczycielek biologii. Są to przecież piosenki, w których nie trzeba szukać drugiego dna, nie ma waltorni, "podskórnych beatów" i vocoderów – są za to, o zgrozo, refreny. Pewnie przesadzam, ale na serio ciekawi mnie, czy któryś z tamtych zespołów, debiutując, powiedzmy, w najbliższą środę, zostałby zauważony. No bo do czego, tak właściwie, służą te piosenki: do tańczenia jest indie i dance-punk, do smucenia się americana i Radiohead, do rozbierania, choćby, ostatni Gang Gang Dance, a to? Nie znajduję innej odpowiedzi niż: do słuchania.

Z nieznanych mi przyczyn nie mam jeszcze mocy przenoszenia Malkmusów w czasie, więc muszą nam wystarczyć ci trochę mniejsi – Land Of Talk ze swoim debiutem. Recenzując Applause Cheer Boo Hiss, Patryk zauważył, że to te spokojne fragmenty płyty stanowią jej piętę achillesową. Miał trochę racji. Idąc tym tropem Some Are Lakes powinno być płytą bardzo słabą, gdyż punkowych momentów jest tu jak na lekarstwo – na szczęście przez ostatnie dwa lata trochę się zmieniło. Być może to zasługa Justina Vernona (aka Bon Iver), odpowiadającego za produkcję albumu, który nawet przy dużej ilości talerzy i chrypce Elizabeth brzmi niezwykle przyjemnie dla ucha. Bardziej prawdopodobnie jednak luzu i bezpretensjonalności, które sprawiają, że odrzucam paradygmat porównywania zespołów posiadających wokalistki do innych zespołów posiadających wokalistki (więc nie: Karren O, Kim Gordon, Andrea Zollo) na rzecz jakieś szerszej filozofii grania.

Słuchając Some Are Lakes nie tyle, że słyszę konkretne kawałki sprzed półtora dekady, lecz raczej czuje jakąś więź z następującymi:
a) zakładem fryzjerskim z "Cut Your Hair"
b) urażonym perkusistą Superchunk: "Oh, I'm sorry, as the drummer I thought that was my job to count the songs off, but if that's not what you want to do... whatever"
c) fryzurą Douga Martscha
d) Kim Deal pomiędzy 1:19-1:22 w teledysku do "Cannoball"
e) frazą "You're not the one who let me down, but thanks for offering" i sposobem w jaki Bachmann to śpiewa
f) wszystkimi tymi innymi bandami, które miały wszystko gdzieś i to nie dlatego, że tak sobie założyły na początku

Może być też tak, że się mylę i Land Of Talk tak naprawdę bardzo się spinają. Dlatego na wszelki wypadek dwa słowa więcej o muzyce. Pierwszy i ostatni kawałek trochę nudzi, pozostałe niezbyt. "It's Okay" jest śliczną balladą w stylu Grega Dulliego, gdzie nawet tekst refrenu pasuje do twórczości Twilightów: "Maybe when I die / I get to be a car / Driving in the night / Lighting up the dark". "Corner Phone" jest mocarne i zaczyna się jak przyspieszone "Caress", stanowiąc jeden z nielicznych cięższych momentów. Tytułowy utwór stanowi dla mnie obecnie wzorzec idealnie melodyjnej piosenki rockowej. Z mocniejszych punktów jeszcze "Death By Fire", gdzie Elizabeth swoim wyliczaniem trochę przypomina mi o "More Sweet Soul" tylko po to, aby skonstatować, że jest to już zupełnie inna muzyka.

Pewnie lubię ten album bardziej niż na to zasługuje i bardziej niż na to wskazuje ocena, bo są dłużyzny i w ogóle, ale kto z nas nie oddałby wszystkich Juvelenów tego roku za powtórkę debiutu, dajmy na to, Archers Of Loaf?... No może Kamil, bo on to raczej pop, ...no i Tomek, bo przecież Szwecja ...i Zosia chyba tak nie do końca z tym amerykańskim niezalem... to może ja już pójdę, narazie, cześć.

Jan Błaszczak    
7 grudnia 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja