RECENZJE

Lana Del Rey
Born To Die

2012, Interscope 4.7

Tumany kurzu powoli opadają, a Lizzy Grant powoli, zachowawczo zwalnia kroku na swoim szlaku podboju światowej sceny muzycznej. Nawet jeżeli to niewątpliwe zwycięstwo Internetu w ciągnącej się już długie tygodnie spektakularnej bitwie zastępów antyfanów z jeszcze niedawno niepowstrzymywaną młodą gwiazdeczką pop nie jest kompletne (w końcu pogłoski o odwołaniu trasy koncertowej i zamknięciu regularnej dyskografii przez artystkę okazały się fałszywe), to z pewnością ustanawia ono pewien interesujący precedens w branży. Chyba po raz pierwszy w ramach realiów współczesnego przemysłu muzycznego, całkowicie zaprzęgniętego pod prąd internetowego przepływu informacji, mamy do czynienia z sytuacją tak efektownego niewypału starannie przygotowanego i wymierzonego w to środowisko ładunku komercyjnego. I to nie w kategoriach sukcesu finansowego czy popularności – Lizzy, próbując zgodnie z regułami gry marketingowej obronić swoją ''fikcyjność'' (muzyką, wizerunkiem, wyglądem, stylizacją) uwikłała się w starcie, z którego nie potrafiła już wyjść z twarzą i, mówiąc potocznie, nieświadomie ''spaliła'' Lanę Del Rey, swoją ''skazaną na sukces'' inkarnację.

Jak słusznie zauważył Brent DiCrescenzo, to jednak nie czynnik skrajnego wyabstrahowania Lany od wszystkiego, co ma jakikolwiek związek z Elizabeth Grant (ze świecą szukać w sieci skrawków z pierwszej płyty piosenkarki), bo akurat w branży jest to praktyka częstsza niż mogłoby się wydawać (Społeczeństwo spektaklu, HELLO), ale próba wynalezienia nowej figury seksualności, niezmiennie napędzającej stylistyczny rozwój popu. Wydęte, napompowane usta niegdyś ''dziewczyny z sąsiedztwa'' są tutaj emblematyczne nie bez przyczyny; otwierają nowy, przeestetyzowany, ale niemal równie wulgarny i libertyński słownik wyrażania się i posługiwania własnym wyglądem i ciałem. Zanurzona w nowocześnie uregulowanym vintage Lana stara się być jednocześnie upadłą, lubieżną Nancy Sinatrą, chandlerowską, biernie toksyczną femme fatale i melancholijną romantyczką, na tyle jednak świadomą swoich atutów, że ewokującą w sobie ze względów praktycznych hedonistyczny, ''gangsterski'' cynizm. Nie potrafi poczuć się wykluczona czy odrzucona, nie rozumie bolączki braku bliskości, nawet tej fizycznej. Jej cielesność jest bowiem czysto posągowa, samowystarczalna – gdy w ''Video Games'' lamentuje ''Open up a beer/And you say get over here/And play a video game'', to nie użala się nad sobą, ale nad odrzucającym jej seksualne uprzedmiotowienie światem. ''I'm in his favorite sun dress/Watching me get undressed/Take that body downtown'' – dodaje chwilę później, dowodząc ostatecznie, że na zawsze pozostanie ''dupą z okładki''.

Problematyka, jaką należy postawić w przypadku badania fenomenu Lany nie sprowadza się więc do pytania ''Kim ona jest?'', ale dlaczego, gdy zaczęła wpychać swoim odbiorcom swój język do gardeł, ci postanowili się w niego brutalnie wgryźć, by następnie przeżuć go i wypluć. Nie jest to kwestia zawartości muzycznej, która, dodajmy dla formalności, leży na deskach już po pierwszym przesłuchaniu Born To Die. Zagadka leży po stronie image’u, ''opakowania'', gestów i min, strategii marketingowej. Nie chodzi też jednak o zwykły brak autentyczności. Winna jest przestylizowana, w mdlący sposób odrealniona seksualność piosenkarki, którą (znowu podążając za niezawodnym Brentem) możemy zaliczyć jako część nowej ery porno-popu, dziką realizację skrytych mokrych snów fascynujących się ''alternatywną muzyką'' geeków. Lizzy mogła stać się nową Uffie, ''królową'' wymyślonego przez siebie świata, a skończyła jako pośmiewisko facebookowych fanpage’ów, tymczasowy leitmotiv Hipster Runoff i mordęga dla recenzentów na całym świecie, próbujących napisać o jej krążku cokolwiek oryginalnego.

Jakub Wencel    
8 lutego 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie