RECENZJE

Lambchop
No, You C'mon

2004, Merge 5.2

No, You C'mon nie jest żadnym zaprzeczeniem Aw C'mon, co sugerowałyby tytuły krążków. Oczekując na nowy materiał Lamchop z ciekawością głowiłem się, co też zespół mógł na obu albumach sobie przeciwstawić? Dobro i zło? A może rozchodzi się o formę piosenek, że niby oddzielono od siebie utwory wolne i szybsze? I ten najprostszy domysł okazał się błędny. Followery Is A Woman z tej samej ulepiono gliny, podczas tej samej sesji.

Śledząc przebieg No, You C'mon natrafiamy na trwałe starcie umiejętności zespołu z... ich brakiem. Pojedynek przejawia się raczej w błahostkach. I tak zacny motywik gitary w "Low Ambition" wojuje z nikłą chęcią grupy by go sprzedać po godziwej cenie. Epizod kończy się śmiercią bohatera przez przytłumienie, spowodowane zbytnią aktywnością pozostałych członków czternastoosobowej załogi Lambchop. Generalnie jednak trzeba przyznać, że wyraźniejsza (patrząc przez pryzmat poprzedników albumu) słyszalność liczebności kolektywu zapisuje się na płycie in plus. Subtelnie przemykając się wśród cichszych zakątków piosenek wzbogaca koloryt, którego mi odrobinę brakowało na Is A Woman. Tam z kolei trudno było o inne wady, jak nieporadność czy też sztuczność. Here's good news for all the people who love bad news – obecnie mamy okazję ich doświadczyć.

Wróćmy jeszcze na moment na ring. Zdając sobie sprawę, że przy (bardzo widocznej) obniżce formy songwriterskiej (parafrazując Tomka, przy niej obniżka formy Thiery'ego Henry w meczu z Chelsea to mały pikuś) koncepcja zebrania kilkunastu powolnych, niemal apatycznych utworów doprowadzi do klęski, Lambchop ożywił działania (zwracając się tym samym do swoich starszych albumów, jak Thriller czy też What Another Man Spills). Niekiedy zatem wrzuca drugi czy też z rzadka trzeci bieg. Ten dobry pomysł ściera się raz z innym, słabszym. Otóż postanowiono równocześnie ściągnąć z Yo La Tengo, który ma zwyczaj przeplatania swoich nastrojowych (i dawniej przepięknych) kawałków ścian(k)ami dźwięku. Idea zapełnienia najodleglejszych odmętów przestrzeni wyziewami elektryka w przypadku Kurta Wagnera i spółki nie sprawdziła się, kłócąc się w "Nothing Adventurous Please" przede wszystkim ze zmarginalizowanym wokalem. Wyłącznie podszywające się pod paranoiczny chaos pianino ratuje remis w tej partii.

Kolejna bitwa, na No, You C'mon przejawiająca się najgłębiej, rozgrywa się między zaufaniem, które Lambchop zbudował serią świetnych płyt, a nadmiarem "szarmanckości", pragnącej widocznie zdeprecjonować w naszych oczach dorobek zespołu. Jak wiemy garnitury, choć elegancko wyglądają, są niewygodne, cisną tu i tam, ograniczają swobodę. Chwilami Wagner usiłuje przemocą wcisnąć słuchacza w Hugo Bossa czy też innego Pierre'a Cardin, gnębiąc frustrata dodatkowo melonikiem czy też stylową laseczką. Choćbyś się oparł zmianie wdzianka, przy słodkiej grzeczności na przykład "The Problem" (no właśnie) pozostanie wrażenie przebywania na niedzielnej herbatce u bogatej cioci, cioci mniej więcej osiemnastowiecznej, no ewentualnie z początku zeszłego stulecia. (Fani Domku Na Prerii obczajają klimacik.) Wraz z nadejściem "Szang A Dang Dang" wyłania się z wnętrza domu świrnięty wujo, porywając ciotkę (-klotkę) w tany wiktoriańskiego bałnsu. Bałns to bałns, powiecie, niestety jak dla mnie ciężkawy krok tegoż w wydaniu Lambchop zbytnio trąci myszką (zdechłą). Wujo zatem ośmieszony.

Wagner and company ku swemu ocaleniu na parę chwil zapominają o stutrzydziestoletnich ekscentrykach, zostawiając nieco miejsca na prawdziwie zawiadacki riff czy też cołkiem pikny akord pianina (śmiem twierdzić, że highlight No, You C'mon, zgrabny "Under A Dream Of A Lie", podchodzi pod sprawy siódemkowe). Filarem ratującym leciwą konstrukcję przed zawaleniem jest jednak niepowtarzalny timbre Wagnera i ciepła atmosfera, jaką udaje mu się stworzyć. Wyłącznie z tego powodu przy recesji umiejętności Lambchop jakoś się jeszcze broni.

Jędrzej Michalak    
17 kwietnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie