RECENZJE

Lady Gaga
Joanne

2016, Interscope 3.5

Lady Gaga już od jakiegoś czasu przestała być twarzą współczesnego popu. Dla mnie od zawsze było raczej oczywiste, że to muzyczna wydmuszka, która pod osłoną nachalnej prowokacji udawała, że jest kimś więcej, niż faktycznie jest. W czasie kiedy święciła największe triumfy, towarzyszyła jej, w znacznie większym stopniu niż obecnie, otoczka skandalistki w groteskowy sposób przekraczającej granice, choć przecież jej działania nie były rewolucją na miarę wizerunkowych gierek Madonny (Erotica) czy Prince'a (nie wspominając o Davidzie B.). Cóż, liczyło się "tu i teraz", sprzyjający odbiór publiczności, komercyjny potencjał i – niezależnie od faktycznej popkulturowej doniosłości – Germanotta stała się chwilowym symbolem transgresji w oku mainstreamowego cyklonu. Obecnie Gaga nie ma już takiego znaczenia (nawet mimo ponad 43 milionów wyświetleń "Perfect Illusion" na YouTube), publika czasem chyba nawet zapomina o jej istnieniu (kolaboracja z Tonym Bennettem jako tratwa ratunkowa, serio?). Dlatego czuję się trochę jakbym pisał o postaci z zaświatów popkultury.

Muzycznie Lady Gaga najczęściej próbowała dotrzeć do słuchacza za pomocą natrętnie wkręcających się w pamięć ćwierć-motywów przypominających sample wykrojone z innych wielkich przebojów (np. "Artpop" jako ubogi krewny "Can't Get You Out Of My Head"). Zawsze miałem dziwne wrażenie totalnego niedopasowania groteskowego, pseudo-nowoczesnego wizerunku do łopatologicznej muzyki, która brak wyrazistości i złudne "bycie na czasie" maskowała upośledzonymi hookami. Wystarczy wspomnieć irytującą viralowość "Po-po-po-pokerface". Gaga jeśli już próbowała kreować nowoczesność, to w szczytowych momentach posługiwała się formą od dawna anachronicznego electro-industrialu ("Swine"). Kilka lat temu, jeszcze jako naiwny idealista‑piosenkowicz, zastanawiałem się, skąd w ogóle wzięło się zamieszanie wokół jej hitów? Przecież przeboje takie jak "Alejandro" (refren przy sensownej aranżacji mogłyby odśpiewać Spice Girls albo Britney) były tylko tradycyjnymi utworami opakowanymi jakby na złość i wbrew logice chartsów (wtedy jeszcze wierzyłem w ich przewidywalność) w toporną, skompresowaną do bólu produkcję i aranżację niszczącą jakikolwiek potencjał melodyczno-harmoniczny. Nie potrafiłem traktować poważnie gwiazdy pop, której piosenki wzbudzały we mnie jedynie ziewanie. Co z tego, że gdzieniegdzie pojawiał się godny zapamiętania hook ("Bad Kids"), jeśli wszystko niszczyły nieudolne neo-dance'owe aranżacje? Zauważyłem, że paradoksalnie, Lady Gaga funkcjonowała zawsze jako pewnego rodzaju koń trojański rockizmu w popie, nachalna anty-teza cukierkowego mainstreamu. Była kolejnym symptomem złudzenia głuchych, że groteskowy, czasem brutalistyczny wizerunek i electro-motywy są jakością samą w sobie oraz wyznacznikiem muzycznego postępu. Analizując jednak postać Gagi w szerszej perspektywie, nie mogę nie oddać jej choć części sprawiedliwości. Niewątpliwie miała swój udział w tym jak obecnie wygląda pop i bez niej, zmiany (zwłaszcza w sferze "wizerunkowej") być może dokonałyby się z większym opóźnieniem. To wciąż jednak za mało, żeby można było mówić o wyznaczaniu epokowych trendów.

Wiele pisało się o dominującej obecnie "dziwności" w popie, o dropach, kombinacjach w ścieżkach wokalnych, autotune i nie sposób – kontynuując wątek pionierskości – nie wpisać w tę narrację naszej bohaterki, która jeszcze do niedawna chciała trzymać rękę na pulsie i jednocześnie jawić się jako kreatorka przyszłości (Artpop). Nie wiedzieć czemu, niejeden pismak widział (i niestety niektórzy wciąż widzą) w Lady Gadze gwiazdę "na miarę naszych czasów", trendsetterkę jednocześnie wykonującą jakąś nową pracę u podstaw (Petrusich, Pitchfork: "Lady Gaga worked hard to reposition pop as a high art or vice-versa – both absorbing and extending a lineage that included oddball visionaries like Andy Warhol, Klaus Nomi, Prince, David Bowie, Grace Jones, Elton John, Madonna, and Missy Elliott"). Dla mnie jej działania miały bardziej znamiona profanacji niż twórczej kontynuacji czy poszerzania możliwości popu. Wspomnę tylko The Fame – moim zdaniem destylat twórczości Amerykanki. Jest to płyta dosyć zachowawcza i wbrew temu co sugeruje np. Erlewine ("The times were crying out for a pop star like Lady GaGa"), w dniu swojej premiery równie mocno pachniała stęchlizną. W kontekście ówczesnego mainstreamu (wtedy jeszcze przesiąkniętego resztką filozofii tradycyjnych piosenek pop z ponadczasowej dla mnie kategorii "hity lata 2006"), twórczość Lady Gagi emanowała jedynie brutalną prostotą posługującą się jaskrawą estetyką (glam rock przywoływany jako inspiracja – Bolan i Bowie przewracają się w grobie) przez co zyskiwała pozorną świeżość i przyciągała masy ("o, baba z wąsem") na tej samej zasadzie co wieczne "nowości" oraz promocje sieciówek reklamowane nieusuwalnym szyldem SALE. Do tego dochodziła wspomniana, irytująca viralowość muzyki i sukces był już raczej pewny.

Patrząc optymistycznie na dzisiejszy pop próbujący awangardy i eksperymentu, postaci takie jak chociażby Liz, choć nie są gwiazdami o jakiejś ogromnej popularności, to mają do zaoferowania nieco więcej niż kiedyś pozornie modernistyczna i na czasie Gaga. Nawet tak nieudane przedsięwzięcia jak np. próby wprowadzenia bubblegum popu (popowa muzyka konkretna?) do chartsów są wciąż bardziej interesujące niż zmasowana, dyskotekowa łopatologia zagrywek Germanotty. Z perspektywy dobrych kilku lat śledzenia mainstreamu, uważam, że czasy dla muzyki nie są aż tak złe, w końcu rap ma się dobrze jak nigdy, nowe trendy muszą w końcu znaleźć twórcze ujście, a w samym centrum popkultury odbywają się takie przedsięwzięcia jak niekończąca się historia "otwartego dzieła" The Life Of Pablo – płyty niesłychanie awangardowej jak na nagranie człowieka, który występuje z pozycji rapera-celebryty. Nie mi oceniać czy Gaga miała kiedykolwiek takie ambicje artystyczne (i tupet) jak Kanye, jednak liczne, mądre analizy łączące niegdyś Germanottę z przemyślanym post-modernizmem i walką o odświeżenie w ten sposób popu są w kontekście 2016 zwyczajnie śmieszne.

Może różnica między 2008 (The Fame) a 2016 na pierwszy rzut oka nie jest aż tak wyraźna, to jednak zmiany, które nastąpiły w tym okresie w mainstreamie można określić mianem cichej rewolucji. Gaga w wersji z 2008 na obecnej scenie byłaby tylko jedną z wielu ekscentrycznych wykonawczyń (nie wspominając raperów...). Kultura internetowa, często bardziej ekstremalna/awangardowa niż cokolwiek do tej pory, razem ze swoją hermetyczną otoczką przenika pop. Ma to wpływ na sam sens istnienia wielkoformatowych gwiazd, które na przemian śmieszą oraz żenują w swoich nieudolnych próbach nadążania za mikro-trendami, w bezsilności skazując się na eksperymenty z dystrybucją muzyki czy tworzeniem pretensjonalnie konceptualnych, wizualnych albumów. Niektórzy z kolei, tak jak Adele, chyba w ogóle zrezygnowali z uczestnictwa w tym, co aktualne, kierując swoją ofertę do równie nieświadomych, oderwanych od rzeczywistości odbiorców. Sam koncept Lady Gagi jako megagwiazdy okrzykniętej w swoim czasie "drugą Madonną" jest więc nieco przestarzały, zbyt pomnikowy/statyczny dla młodego zjadacza popkultury i wreszcie – mówiąc brutalnym językiem rynku – nieopłacalny. Kiełkują anonimowi producenci tacy jak np. The Chainsmokers czy Alan Walker i ich sukcesy udowadniają, że dbałość o kreowanie "zjawiska" nie jest już (może nigdy nie była) aż tak istotna jak kiedyś, a przy bardzo szerokiej ofercie złożonej z łatwo dostępnych, tanich instant-hitów z abletona, utrzymanie tradycyjnie pojmowanej popularności będzie jeszcze trudniejsze niż kiedykolwiek.

Od czasu The Fame zmieniło się na tyle dużo, że jedyne co pozostało Lady Gadze to chyba tylko strategiczny krok w bok, rezygnacja z budowania sobie pomnika i hiper-skandalizowania ze świadomością ryzyka, że może stać się – tym razem już nieumyślnie i bez jakiejkolwiek kontroli nad cynizmem publiki – groteskowym zjawiskiem, bardziej osobliwością z przeszłości w formie śmiesznego mema niż postacią kultową dla obecnej popkultury. Choć nie reprezentuje jeszcze geriatrii w świecie zawrotnych prędkości mainstreamu, to na pewno dla wielu odbiorców urodzonych na przełomie milleniów Gaga nie jest postacią pierwszej świeżości. Kiedy oglądam dosyć zachowawczy, wręcz późno-najnitsowy teledysk do "Perfect Illusion" (estetyka przypomina "My Favourite Game" The Cardigans) to zaczynam wierzyć w to, że rzekomy progres/zmiana polega jedynie na łagodnym wycofywaniu wcześniejszego pomysłu na sławę i karierę. Wystarczy czytać między wierszami (i zignorować buńczuczne gadki o rozwoju): "Joanne is a progression for me. It was about going into the studio and forgetting that I was famous". Obecnie Lady Gaga nawet nie stwarza pozorów tego, że przeprowadza jakąkolwiek agresywną, pseudo-nowoczesną kontynuację, jak czyniła to przy premierze każdej poprzedniej płyty. Nawet konserwatywna, w porównaniu z poprzednimi, okładka Joanne wskazuje na – w sumie dosyć trzeźwy – pokorny krok w bok poczyniony jakby z braku innych opcji. Niedobór świeżych, muzycznych perspektyw przebija się też w zakamuflowany sposób w innych wypowiedziach piosenkarki na temat płyty: "Returning to your family and where you came from, and your history… this is what makes you strong. It’s not looking out that's going to do that – it's looking in". Nielicznym (weźmy Janet Jackson) udawało się efektywnie zmieniać swój image i jeszcze do tego umiejętnie zgrać go z ewolucją muzyczną. Niestety Gaga nie zdaje tego testu, ciężko powiedzieć czy w ogóle próbuje. Jeśli plastikowy soft-rock Joanne ma być tą próbą, to "chyba coś się popsuło".

Zawartość krążka swoim charakterem i poziomem tradycyjnie nie zaskakuje. Gaga wciąż prezentuje to, z czego jest najbardziej znana, czyli muzyczne przetwórstwo – posługuje się ścinkami wykrojonymi z innych gwiazd popkultury próbując na ich podstawie skonstruować coś własnego. Tym razem robi to w konwencji nieco skromniejszej, bardziej retro, przyjmując pozy soft-rocka. Dużo jest na Joanne anachronicznej folkowości/rockizmu (przypomina to wszystko filozofię Wanderlust), a nad wszystkim unosi się nieznośna, ciężka chmura, jakiej doświadczam chyba tylko na co gorszych albumach hard-rockowych (Meat Loaf w wersji pop?) czy w twórczości No Doubt, zresztą nigdy też nie byłem fanem wokalu Gagi.

Na papierze wszystko mogło pójść w ciekawym kierunku, w końcu Ronson, Beck i Parker w creditsach to jest jakiś tam "znak jakości". Skład okazał się jednak chyba kolejnym chwytem marketingowym – sygnałem, że Gaga, mimo retro-stylizacji, wzorem innych gwiazd wciąż nadąża i zaprasza do współpracy postaci z nieco innej bajki. Przyznam, że ciężko mi pisać o piosenkach, które nie wywołują u mnie w ogóle żadnych większych emocji. Podczas seansów z tą płytą, popadałem w stopniowe znudzenie przechodzące wraz z końcówką w apatię, hibernację wszystkich zmysłów (i narządów, hehe). Utwory na Joanne drażnią swoją małą wyrazistością ("Angel Down"), kompozycyjnymi kliszami ("Perfect Illusion", "Joanne") i topornym rockizmem hooków ("Diamond Heart"). Miałem wrażenie, że obcuję z jakimiś słabymi coverami południowego, kowbojskiego rocka/country ("John Wayne", "Grigio Girls"), ubogą tropikalnością w rodzaju "Kokomo", tyle że dla Eski ("Dancin' In Circles"), czy nieudolną kopią hitów The Supremes z lat 60. ("Come To Mama"). Słuchając akustycznego "Million Reasons" zastanawiałem się, jaki jest w ogóle sens pisać takie piosenki w 2016? "Just Another Day" (z irytującą, uszojebną, jaskrawą gitarą i zaledwie kilkusekundową solówką zupełnie z dupy) to z kolei pokraczna interpretacja piano-popu McCartneya. Żeby zachować pożądany margines obiektywności mógłbym poszukać pozytywów, nasz naczelny zwrócił uwagę na zalążki przebojowości w "Hey Girl", ale największą zaletą jest chyba w ogóle to, że Joanne, przy całej swojej bezbarwności i braku przebojów, jest w miarę słuchalna i to w większym stopniu niż np. The Fame. Lady Gaga wciąż utrzymuje przyzwoity (jak na nią) poziom osiągnięty przy okazji Artpop, choć na tle poprzedniego krążka jest x razy bardziej konserwatywna. Tradycyjnie po raz kolejny nie ma u mnie szans na jakiejkolwiek liście the best of pop, tym razem w starciu z albumami Rihanny, Solange czy nawet Beyoncé. Jak w przypadku każdej poprzedniej płyty niegdysiejszej "królowej popu" – pewnie nie będę już powracał do Joanne.

Jakub Bugdol    
5 listopada 2016
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss