RECENZJE

Lady Gaga
Born This Way

2011, Interscope 3.1

"Gdzie szukać tej złej muzyki? Nie ma jej. Skala ocen uległa sprasowaniu. Może nie jest nam dziś dane obcować na bieżąco z legendami pokroju Beatlesów, Stonesów, Marvina Gaye'a, ABBY, Michaela Jacksona, Madonny i Nirvany. Ale z drugiej strony ekstremalnie zła muzyka albo zginęła śmiercią naturalną, albo funkcjonuje na absolutnych obrzeżach dyskursu i została zepchnięta do poziomu śmiesznych empetrójek". Bardzo chciałbym się zgodzić ze stanowiskiem przedstawionym przez Borysa w jednym z jego ostatnich felietonów i uznać, że faktycznie "zła muzyka" to dziś zagadnienie marginalne, ale wydaje mi się, że sam problem jest jednak nieco głębszy. W temacie "złej muzyki" zasadniczo nie zmieniło się zbyt wiele – wciąż jest jej mniej więcej tyle samo, co wcześniej, "problem" moim zdaniem polega na tym, że dziś dokładnie wiemy, gdzie jej szukać i po kim się jej spodziewać, dlatego świadomie to zakładane "zło" omijamy. To całkiem logiczne, bo kto mając do wyboru ileś tam potencjalnie ciekawych płyt szerzej nieznanych artystów z premedytacją sięgnie po album zapowiadający się z wszech miar na dramat? No właśnie, tak myślałem. Paradoksalnie ciekawym dowodem w sprawie jest zestawienie ocen z recenzji z ostatnich kilku miesięcy na Porcys. Nie piszemy o złej muzyce tak często, jak kiedyś (mimo że dokonujemy częstszych aktualizacji), bo nam się nie chce, mamy mnóstwo innych zajęć i zwyczajnie nie mamy ochoty zagłębiać się w szambie nowych materiałów od (przykładowo) Black Eyed Peas czy Pitbulla, skoro tyle fajnych rzeczy dzieje się dziś w innych okolicach. Chociaż z drugiej strony faktycznie, prawdopodobnie łagodniejemy z wiekiem i ta młodzieńcza werwa i chęć naprawiania świata zajadłą krytyką dosyć szybko nam przechodzą. Nie oznacza to jednak, że złej muzyki dzisiaj wcale nie ma – trochę na takiej samej zasadzie, jak dziesięć lat temu nie było jej aż tak dużo, jak nam się wówczas wydawało.

Są jednak takie albumy, od których po prostu nie da się uciec. Jeśli Lady Gagę powszechnie obwołuje się gwiazdą współczesnej muzyki pop, to jako wieloletni sympatyk tej estetyki wiem, że chcąc nie chcąc, prędzej czy później, po ten album sięgnę, nawet jeśli dotychczasowe dokonania piosenkarki zupełnie do mnie nie przemawiają. I do wszystkich na poważnie zajawiających się Born This Way mam właściwie tylko jedno pytanie – naprawdę wierzycie, że za dwadzieścia lat wasze dzieci dostrzegą w tym albumie to, co nasze pokolenie widzi w takim True Blue? Nie, historia nie dzieje się na naszych oczach i przestańmy pięknymi hasłami o "ważności" i "kontekstach" przykrywać braki związane z jakością samej muzyki. Na najnowszym albumie charyzma Gagi jest w stanie obronić zaledwie kilka utworów i co ciekawe broni akurat te, do których nie dotknął się RedOne. Przypadek? Nie sądzę. "Bad Kids", za które współodpowiedzialny jest Jeppe Laursen, spokojnie mogłoby znaleźć się na ostatniej płycie Sophie Ellis-Bextor, gdyby tylko wyciąć ten płaczliwy mostek ("I'm not that typical baby, I'm a bad kid like my mom and dad made me" – gimnazjum?). Zresztą wątpliwej jakości zawartość liryczna to temat na odrębny tekst, niemniej jeśli ktoś na serio uważa Gagę za wizjonerkę i obrończynię uciśnionych "to z Bogiem". Można w obrębie popu poruszać poważne tematy, ale to powinien być dodatek do ciekawej i różnorodnej strony muzycznej. Tu mamy do czynienia ze sztucznie pompowanym balonem "ważnych treści", które wychodzą przed szereg, sprowadzając tym samym dyskusję o rzeczywistej jakości tych utworów na margines. Zresztą, dowodów na to, że nie trzeba wcale zmieniać świata by nagrać porządną piosenkę dostarcza sama Gaga w "The Edge Of Glory". Ta intrygująca dance-popowa konstrukcja od samego początku zmierza nie wiadomo dokąd, a zdezorientowanie wzmaga wzięte zupełnie od czapy, saksofonowe solo Clarence’a Clemonsa. W ogóle na wysokości 3:06 zaczynają się tu dziać się prawdopodobnie najlepsze rzeczy jakie słyszałem w całym jej repertuarze. I chociaż ciężko mówić o rewolucji, to jest wreszcie coś, czego bez nerwów słuchałbym w radiu (gdybym słuchał radia).

Szkoda tylko, że zdecydowana większość z tych czternastu utworów to piosenki po prostu słabe, żenujące lub nudne, a czasami i takie i takie. "Americano" to jakieś nieśmieszne kuriozum porównywalne z "zabawami" panów z Rammstein w "America". Szkoda słów, dawno nie słyszałem tak ewidentnej wiochy. O produkcjach RedOne’a powiedziano już chyba wszystko – jakby nie było na Born This Way "shit Midas" naszych czasów trzyma formę w dostarczaniu na maksa prostackich, topornych podkładów, które skutecznie wyciągają z eurodance’u to co najgorsze. W ogóle to zarzut do większości utworów na tym albumie – ta powtarzalność niezbyt wysublimowanych patentów najzwyczajniej w świecie nudzi i to już przy pierwszym przesłuchaniu. Tania, wulgarna seksualność "Heavy Metal Lover" może zaimponować co najwyżej bywalcom bangkockich burdeli, daleko tej piosence do jakiegokolwiek wysublimowanego erotyzmu. Reszta mizernych wypełniaczy nie jest nawet warta wzmianki.

W brudnopisie The Fame Monster Kamil postawił dosyć ważne pytania: "Czy (Gaga) jest w stanie teraz wymyślić się na nowo, a przy tym, mając zapewnioną popularność, podnieść jakość swoich utworów i czy w ogóle należy się nad tym zastanawiać?". Odpowiedź na tę chwilę wygląda mniej więcej tak – nie, Stefani Germanotta nie wymyśla się na nowo, konsekwentnie buduje wizerunek współczesnej skandalistki, która czerpiąc z muzycznej spuścizny lat osiemdziesiątych niewiele dokłada do tego siebie. Ogólna jakość materiału, mimo dwóch naprawdę dobrych piosenek, jest chyba jeszcze słabsza niż miało to miejsce na debiucie. A czy jest sens w ogóle zastanawiać się nad zagadnieniami związanymi z osobą Gagi? Na to pytanie odpowiedzcie sobie sami.

Kacper Bartosiak    
8 czerwca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy