RECENZJE

LA Vampires Goes Ital
Streetwise (EP)

2011, Not Not Fun 6.7

W katalogu Not Not Fun od jakiegoś już czasu pojawiają się kolejne wydawnictwa aktualnej inkarnacji Amandy Brown, w ramach której, po zamknięciu rozdziału Pocahaunted, kontynuuje ucieczki w odmienne stany świadomości nawinięte na magnetyczne taśmy. Po splicie z Psychic Reality oraz udanych kolaboracjach z Matrix Metals i Zolą Jesus, tym razem padło na Daniela Martina McCormicka. To też ciekawa persona – przede wszystkim posiadacz oryginalnej barwy, wokalista Mi Ami. Poza tym autor dwóch EP-ek w barwach NNF właśnie, a jako że to jest NNF, to obie nagrał pod różnymi nazwami: Ital i Sex Worker. La Vampires Goes Sex Worker to być może melodia niedalekiej przyszłości, póki co jest wariant z Italem.

Bazowo pod czterema indeksami ukryły się pętle zgrabnych, leniwych od słońca, tanecznych zagrywek. Jednak finalnie któreś z tej dwójki pogrążyło je w dystorsjach magnetofonowych manipulacji. Właściwie jest to chillwave z podskórnym glitch-hopowym bitem. Zostawiasz jednak za sobą te tumblrowe chillwave'y plażowe. Nie zagłębiasz się też w dżunglę halucynogennych doświadczeń nieodkrytych plemion. Wiosłujesz bezpiecznie kajakiem, przecinając bagienną zieleń i ociekasz skraplającą się parą pośród gęstwiny przybrzeżnego bluszczu. W chwilach półprzytomności można stracić kontrolę nad zmysłami, ale to przecież wina obłędnego skwaru.

A skwaru, pary i zamglonych majaków, stających się udziałem percepcji omdlewającego organizmu jest tu przepełnienie. Całość już od początkowego "Streetwise" tytła się w pogłosach szczątkowych zaśpiewów Amandy, a faktury piętrzą się i zagęszczają od inwazyjnego, kiczowatego keyboardu i retro-futurystycznych wtrętów produkcyjnych, wyjętych z okowów 70s-owego space disco. W "Tones Of Love" przez ciężkie i zamulaste brzmienie z pobrudzonych głowic przebijają wysokie rejestry zapętlonego fletu - robi się tropikalnie. Następnie przewalasz glony łychą wiosła i unosisz się już z prądem jedynego na EP-ce dubowego basu w "A Woman Is A Woman". Gdy łeb na dobre rozbolał i nabawiłeś się udaru, z głośnika popierdującego w plecaku kaseciaka na baterie dopada cię widmo mieniącej się w technikolorze szachownicy parkietu i lustrzanej kuli. I wtedy się budzisz, podnosisz głowę znad krawędzi stolika i jesteś tam. Gdy słyszysz "The Chic Shall Inherit The Earth", powoli przed oczyma nabierają ostrości pląsające kończyny i upstrzone brokatem twarze.

Na pudełku po butach ktoś nabazgrał "best of NNF", wrzucił kilka taśm i parę winyli (na CD też tam czasem wydają, ale to tak nie licuje z ich wizerunkiem, że wziąłem to w nawias). Nie jest tego wiele, bowiem choć na papierze ta mała instytucja wygląda uber cool, to rzeczywiste dokonania mnożących się tam regularnie projektów nieraz mogłyby zostać podciągnięte pod paragraf bezwstydnej pozerki i oszustwa. Kto jak kto, ale szefowa całego tego bałaganu musi wyznaczać jakiś poziom i dobrze – przy udziale kolaborantów – się z tej powinności wywiązuje. Kupkę gadżetów we wzmiankowanym wyżej pudełku przykryła jej twarz ze słodkiego obskura okładki Streetwise.

Michał Hantke    
29 sierpnia 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie