RECENZJE

Kyst
Waterworks

2011, Antena Krzyku 3.7

No i proszę, okazuje się, że światem rządzi harmonia, a gdzie Yin, tam i Yang. Obok wielu świetnych, kompletnie zlewanych na Zachodzie zespołów, mamy też w Polsce słabeuszy, których świat chce. Przyjąłbym taką fanaberię losu bez większego zdziwienia, gdyby nie fakt, że immanentna cecha Kyst wydaje się wykluczać postępujący rozwój wydarzeń. Jest nią oczywiście wszechogarniająca nuda. Bezpłciowość wyniesiona do rangi jakiejś niepotrzebnej sztuki. I nie chodzi tu wcale o konwencję wpisaną w stylistykę lo-fi, Elvruma czy innych Animal Collective, tylko jakąś magiczną transparentność, która nie pozwala zarejestrować, uchwycić czy, wreszcie, zainteresować się Waterworks. Płyta widmo, taka audialna efemeryda, która przecieka między palcami, a podłoga jakoś nie wilgotnieje. Gdzieś wyparowało... Ale co to było?

Trudno powiedzieć, jaki był pomysł Kyst na tę płytę. Mało tu tradycyjnego songwritingu: piosenkowe struktury rozsadzają wszędobylskie bębny i przeciągłe wokalizy. Z drugiej strony w budowaniu nastroju na modłę eksperymentatorów lo-fi nie pomaga fakt, że wiele z tych zagrań jest przewidywalnych i dość prymitywnych. Być może na koncertach dwie perkusje dodają zespołowi animuszu, ale kompozycji na Waterworks zanadto nie wzbogacają. Oddanie im zaś całego pola w "The Glowing Sea" i "Colours" było chybionym pomysłem, zważywszy że w zespole nie udziela się akurat żaden mistrz chicagowskiego jazzu. Pojawiło się za to kilku innych gości, ale ani trąbka Majewskiego, ani głos Peve Lety nie są w stanie uratować kompozycji pozbawionych pomysłu. Od zdjęć z bossami amerykańskiej alternatywy do bycia "polskim Animal Collective" długa droga. Wielu recenzentów nie dostrzegło tego dystansu, stąd też jego brak w entuzjastycznych recenzjach, których środkiem ciężkości jest informacja o występie na festiwalu SXSW. Przypomnijmy, że u boku Pustek i L.Stadt. Out of Tune może zacierać ręce.

Jeśli Waterworks jest – jak chcą niektórzy – folkowym pejzażem to, niestety, nakreślonym przez Elizę Orzeszkową. Skoro jednak nuda i przeciętniactwo są obecnie w kręgu zainteresowań amerykańskich mediów, to nie ma co się smucić – jeszcze ze trzy takie recenzje i sam zgłaszam się do Pitchforka.

Jan Błaszczak    
10 maja 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie