RECENZJE

Kylie Minogue
Ultimate Kylie

2004, Parlophone 5.5

Kiedy piszę te słowa, kilka razy na minutę odwracam głowę za siebie w lewo, w stronę ściany, na której wisi Kylie 2005 Official Calendar. Nie mam pojęcia, czy to ekskluzywny gadżet, ile kosztuje i czy w ogóle jest do kupienia, ale z góry oddalam wszelkie zarzuty o snobizm: let's face it, jeśli ktokolwiek miałby sobie powiesić nad łóżkiem podobne cacko, sorry, ale, wybaczcie, yy, jestem to ja. Od razu przypomina mi się, jak wiele lat temu deklarowałem publicznie, że nigdy, przenigdy, nie upadnę tak nisko, żeby budzić się z widokiem plakatu roznegliżowanej laski: to taka żenua. I w sumie obstaję przy tym oświadczeniu do dziś, ale od reguły są wyjątki. Tu konkretnie stanowi go Kylie Minogue, współczesna bogini seksu z Australii. Na przykładzie powyższego odstępstwa wytłumaczę fenomen tej postaci. Otóż najwyraźniej cokolwiek ta kobieta zrobi wyjdzie zajebiście. Somehow, she "gets it". Przecież przy innych gwiazdkach showbizu wybryki w rodzaju firmowania własnej linii bielizny (promowanej zresztą wulgarną reklamówką z "Main Offender" Hives w tle) lub regularnych kalendarzy-rozkładówek, uznalibyśmy za skuchę, lecz widocznie K swoją charyzmą i klasą potrafi je na luzingu uwiarygodnić. Plus – czy już mówiłem? – ma ogromne jedynki.

Ciężko mi się z tą świadomością oswoić, ale gdyby K jako nastoletnia panna szczególnie wcześnie straciła cnotę i nieostrożnie "wpadła" ze swoim chłopcem, mogłaby dziś od biedy być moją matką. Fakt ów składnia mnie do zastanowienia, czy aby nie jestem pederastą w ojcu i synie, ale, co ważniejsze, każe się pogłowić nad niespodziewanie długim stażem Minogue w muzycznym światku i wynikającym zeń ogromem jej piosenkowego dorobku (serialowa rola w Sąsiadach, by the way bezpośrednia przyczyna startu w kategorii wokalnej, to osobna, i sięgająca dalej w przeszłość historyjka). Właściwie wytwórnia uczyniła to już za nią i w efekcie refleksji wypuściła na rynek, akurat w okresie świątecznym, dwupłytową kolekcję retrospektywną, zbierającą "same hity!" jakich dochrapała się solistka w ciągu siedemnastoletniej kariery. Śliczna książeczka zawiera nie tylko kilkustronicowy kolaż fotek z różnych etapów szlaku po koronę królowej pop, ale także informatywny rys biograficzny oraz detale produkcyjne odnośnie każdego spośród trzydziestu trzech umieszczonych tu kawałków. Dla fanatyka, Ultimate Kylie, podzielone sprytnie na dwie "kolorowe" części, to jazda obowiązkowa, zwłaszcza patrząc przez pryzmat ceny wydawnictwa!

Dysk pierwszy, "zielony", obejmuje single z epoki od debiutu w 1987 do 1992, wymieszane a-chronologicznie, pod kątem zgrabnego miksu na nostalgiczną prywatkę "z tamtych lat" tudzież "Wideoteki Dorosłego Człowieka". Generalnie, jego zawartość średnio zniosła przeobrażenia stylistycznych mód i trendów brzmieniowych, choć pomiędzy bladymi według obecnych standardów, błahymi odbitkami wzoru młodzieżowego tune'a 80s można odnaleźć relatywnie zajmujące momenty. "I Should Be So Lucky" broni się a priori legendarnym, mózgo-pralnym refrenem, natomiast zwrotka uderza silniej, podejrzanie zaskakując repetytywną linią od strony "I Am The Walrus", kapitalnie zdublowaną. "Step Back In Time" wyprzedza o pół dekady mainstreamowy dance: feeling przynależy raczej do przełomu dyskotekowego mid-90s, a słodziutki głos K wyśpiewuje zaczepne hooki godne Impossible Princess co najmniej. Pod kiczowatymi "skreczami" na frazie w "Wouldn't Change A Thing" kryją się melodyczne zawijasy. Och, ponadto znajdziecie tu duet z Jasonem Donovanem, "Especially For You". Jason Donovan, what the fuck.

Ok, dosyć dorabiania ideologii do ładnej buzi. Bo "fioletowy" dysk drugi w przewadze ostro miecie. Obfituje w highlighty od self-titled comebacku, którym "wynalazła się ponownie" z 1994, po chwilę teraźniejszą, też pomieszane według klucza klimatycznego. Pamiętacie te wszystkie przeboje i odpowiednie teledyski do nich, zakład. Którą męską kolaborację wolicie? Nicka Cave'a w kończącym kompilację smyczkowym smęcie "Where The Wild Roses Grow" (brr, trupie ciało w wodzie) czy Robbie Williamsa w licealnym, wagarowym "Kids" (wystrzał z szampana na koniec, co to było)? Macie Kylie zwielokrotnioną ("Did It Again", "Come Into My World"), nagą w kosmosie ("Breathe"), osamotnioną w futurystycznych sceneriach ("Can't Get You Out Of My Head", "Love At First Sight") i, naturalnie, otoczoną tancerzami ("On A Night Like This", "In Your Eyes", "Spinning Around", "Slow", "Red Blooded Woman", "Chocolate"). Materiał z Fever roztrząsałem wystarczająco, a nawet fragmenty Body Langauge sprawiają mi przyjemność, lecz re-odkryciem składanki uznałbym pełen blichtru, triumfujący parkietowy hymn "Spinning Around", gdzie najbardziej wyzywająca laska globu pyta prowokująco w rozkosznej harmonii "do you like what you see?". A jak sądzisz, niunia. Bezczelna.

I właśnie, temat erotyzmu zawsze będzie przy okazji dyskusji o K powracał niczym, hehe, bumerang, ponieważ, jak ktoś celnie zauważył, ona zrobiła wszystko co w jej, i designerów, mocy, by jednoznacznie się kojarzyć. Biedny Cave uległ powabowi drobnej panienki i potem pytany o to, czy z nią spał, odparł dyplomatycznie: "Nieee. Prawie.. nie". Niezłe. Albo znacie to? "Co zrobiłbyś, gdybyś mógł przez dobę być Kylie Minogue?". "Siadłbym naprzeciwko lustra i wpatrywałbym się przez okrągłą dobę w pupę". Szczęśliwie, ja akurat nie muszę prosić złotej rybki o spełnianie trzech życzeń. Dostałem oryginalny kalendarz w prezencie (no dobra, trochę im "pomogłem") od ludzi z którymi robię interesy i strasznie mnie to rajcuje. Dlaczego? Zgadnijcie, he: sporo tu super zdjęć. Obwoluta przedstawia ujęcie z okładki singla "I Believe In You" (otwierającego dysk "fioletowy"). Styczeń to K jako pokojówka, tyłem w obcasach. Dziś jest 28 lutego, ostatni dzień przestępnego miesiąca, i za chwilkę zmienię kartę z lutego na marzec. Niby szkoda, bo Luty to figura naszej bohaterki w kostiumie, oparta po skosie na drzewie. Chociaż, w sumie, Marzec też nie jest zły: w samych rajstopach, zakrywa rękoma biust...

Borys Dejnarowicz    
28 lutego 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie