RECENZJE

Kylie Minogue
Aphrodite

2010, Parlophone 6.4

KFB: Jak z każdą ostatnią płytą Kylie tak i z Aphrodite wiązały się spore obawy – powracały odwieczne przy takich okazjach pytania o to, czy Australijka potrafi jeszcze nagrać longplay na wysokim poziomie, itp., itd. I tak, należy chyba uznać X za wypadek przy pracy, bo najnowsza płyta Minogue to propozycja lepsza na wielu poziomach. Z drugiej strony Aphrodite to ewidentnie nie ta liga co Fever, ale nie potrafię sobie w tej chwili przypomnieć lepszej płyty z okolic komercyjnego popu w ostatnich miesiącach. Australijka na swoim najnowszym longplayu otoczyła się szeroką paletą producentów, ale nad całością pieczę sprawował Stuart Price i to, że podołał w takim stylu stanowi mimo wszystko spore zaskoczenie, bo znając wcześniejszy dorobek tego gościa ciężko było się spodziewać cudów. Nie pomógł nic Greg Kurstin, więc nie ma drugiego "Wow", ale nic nie szkodzi, bo przebojów znajdziecie tu aż nadto. Przede wszystkim "Better Than Today" z kapitalnym, nośnym refrenem, który nie chce wylecieć z głowy, ale "Cupid Boy" czy "Too Much" to kawałki niemal równie znakomite. Jak już jesteśmy przy refrenach – te z "Get Outta My Way" i "Put Your Hands Up" też potwornie zażerają przypominając o złotych czasach Kylie. Kolejnym atutem tego albumu jest równość materiału, która wynagradza deficyt eklektyzmu - brak na Aphrodite jakichś ewidentnych niewypałów, a postawienie na przebojowy electropopik ma przecież sporo atutów, zwłaszcza przy obecnej pogodzie.

MHJ: Na okładce Kylie powraca na podwiewie. W ten sposób również mogłaby reklamować perfumy o zapachu morskiej piany i wiadomym – ileż amatorek chciałoby nimi pachnieć. Pierwsze słowo płyty, a jest nim "dance" w "All The Lovers", jest jak mięsiste tłoczenie, wyciśnięte na komplecie dwunastu indeksów, potwierdzające, przynależny Kylie, sympatyczny hedonizm. Na 4/4 zmieniają się migawki w fotoplastykonie, niestety tylko fragmentarycznie przypominające tak syte chwile jak złote majtki w "Spinning Around", bluzgi w reklamie bielizny Agent Provocateur, kaptur-dekolt w "Can't Get Out Of My Head" i wowowe neony. Lecz ikonowość pozostaje nieutracona. Trudno też o wyparcie tytułu, bo dla mnie Kylie to trwale i na nowo figura godna od lat, z biegiem których z kolei, Madame Ciccione zbyt wiele straciła ze swojego pierwotnego zjawiska. W nietrudnej słabości do niej i wobec zasobów ludzkich, biorących udział w przedsięwzięciu, bo min: Stuart Price, Calvin Harris, trudno przyznaje się, że kilka kawałków popuszcza, obchodząc się jedynie potencjałem. "Get Outta My Way" prosi o większą zdolność przekonywania, repetywność melodii nie działa do kości, w seksownych od zblazowania frazach: "you're getting boring / you're all so boring" mało "obywatelstwa", więc w przebłysku empatyzowania z ich adresatem trudno o konkret litości i trwogi, "Lookin For An Angel" przepływa tylko zauważone i to również nie ballada. "Ilussion" ma "kokomo" początek i koniec, środek porywa dużo mniej. "Too Much" – krzepkie niemal w całości, nie pozostawia wątpliwości, kto jest producentem, "Can't Beat The Feeling" na potęgę nie stroni od pędzącego cowbella, przyczyniając się do esencjonalnego zamknięcia płyty, w zamyśle do kotylionów oraz połamanych szpilek. Najbardziej dociera "Cupid Boy" z frakcją "gitarową", gdzie głos Kylie brzmi tak niepowściągliwie, na równi sympatyzuję z tytułową i singlową. I zapomniałabym o "Put Your Hands Up". Wentylatorem czesane.

KB: Dobrana ekipa recenzentów chyba nie zwiastuje marudzenia nad tym materiałem, więc nie muszę nawet jakoś bardzo kręcić ściemniarskiego hype'u. Kylie niepodzielnie króluje – nie przypominam sobie od czasu popowej trójcy z 2006 – "Loose", "A Public Affair" i "Paris" – popowego albumu, do którego wracałbym równie chętnie. Nawet kiedy muszę przymknąć oko na niedociągnięcia, takie jak choćby podobieństwo utworów, słuchanie Aphrodite pozostaje bardzo przyjemne. Zgodnie z trendem zbliżania popu do dance'u/house'u, także dance-pop Kylie ulega sporemu uproszczeniu – kompozycje i produkcje znacznie rzadziej niż na Fever i Body Language robią ukłon w stronę "inteligentnego" słuchacza na rzecz silnego pierwszego wrażenia i wywoływania polegającego na instynktach zamieszania na parkiecie. Ewentualnie możemy się uśmiechnąć do złożonych refrenów "Too Much" i "Get Outta My Way", ale raczej przygotujmy się na dość proste, choć bardzo porządne Kylie-songi. Nie ma wątpliwości, że obecność Australijki jest jedną z największych zalet tego materiału, choć pamiętając X wiemy, że nie musi to wystarczać. Jednak to dzięki niej "Aphrodite" nie ulega sztampowej stadionowości, ale broni się z pełną charyzmą, "Illusion" mimo niedoboru hooków ciężko mi skipować, a fantastycznie zaśpiewane "Better Than Today", choć spora część zachwytu spada też na prince'owe synthy w refrenie, nie da się sprowadzić do typowej podróby pierwszych hitów Scissor Sisters, których przecież nawet specjalnie nie lubię.

Właściwie są dwa momenty na tej płycie, do których mam ochotę się mocniej przyczepić – refren "Cupid Boy", który nie wytrzymuje napięcia zbudowanego przez zwrotki i robiący ogromne wrażenie prechorus oraz kompletnie zbędny "Everything Is Beautiful" – Kylie ma skłonność do takich mdławych uniesień, które nigdy mnie specjalnie nie przekonują ("Let's go through the ritual"?), choć i tutaj wejście refrenu na moment czyni mnie bezkrytycznym. Z pewnością to trochę fanatyzm – choć większość utworów to solidny chleb razowy, nie potrafię Aphrodite ocenić na mniej niż 7.0 – Kylie nie da się pomylić z nikim innym i jestem zachwycony kiedy zamyka album utworem, który brzmi jak zagęszczenie jej stylu – mięciutka linia syntezatora, o którą opiera się refren, jak w "Love At First Sight", tak jak i tam, zresztą o wiele staranniej niż w "Get Outta My Way",ze świetnie rozwijającymi się, wpadającymi z rozpędem do refrenu zwrotkami, klasycznymi linijkami o fascynacji jak choćby w "Wow", oczywiście nocą jak w "On A Night Like This", ze słodkim uleganiem popędom jak w każdym utworze na Fever ("There doesn't have to be a reason / There doesn't have to be a why / And any moment could be magical, it could be this night / You've got an energy burning like I've never seen / Bringing me to life / And I can't beat the feeling that I get, when I'm with you"), closerem podobnie zresztą jak "Burning Up", pozostawiającym rozbudzonym i z lekkim niedosytem. Zawsze mogła zrobić to lepiej, co uświadamiam sobie zostawiając tylko 3-4 utwory na repeacie, ale i tak znowu wyszło jej bardziej, niż wszystkim innym.

ŁK: A ja się przyczepię. Aphrodite to solidny zestaw od Kylie, ale sprawia wrażenie zbyt mocno wciśniętego w formę nowego Fever. Brak świeżości i brak polotu, od początku słychać, że "Get Outta My Way" czy "Put Your Hands Up (If You Feel Love)" to dobre piosenki, ale zbyt wyraźne jest na nich piętno "kolejnych kawałków Kylie", są tylko powieleniem schematów starych hitów. Najlepsze, błogie "Everything Is Beautiful" nasuwa myśl "to Kylie nie miała jeszcze tej melodii?", tak mocno jest minogowy. No ale to niezły zestaw singli, nawet dissowane "All The Lovers" jest fajne, poprzetykany paroma zmęczonymi stronami b ("Closer", "Illusion").

Kamil Babacz     Magda Janicka     Łukasz Konatowicz     Kacper Bartosiak    
6 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie