RECENZJE

Kyle Dixon & Michael Stein
Stranger Things, Vol. 1 & 2

2016, Lakeshore 6.2  /  5.9

Wiem, że to soundtrack i Dixon ze Steinem mają mocno pod górkę. Związani ograniczeniami wynikającymi z formuły bycia podkładającym się skrzydłowym, muszą wpasować się w dominujący serialowy obraz, a ja jako wybredna panna ”muzyką filmową” teoretycznie zajmować się nie lubię. Dopóki grany jest ten relacyjny schemat: główny samiec, podrywany odbiorca i pajacujący soundtrack do Strangera, to ten ostatni z wymienionej trójki swoją podległą funkcję pełni wzorcowo, kierując światło punktowe na właściwe miejsce (jeśli ktoś nie zaczaił – dopasowanie się muzyki do obrazu i budowany przez nią klimat są wyborne). Jednak serial w przedbiegach po kilku drinkach odpada, zostawiając nas sam na sam z materiałem przeznaczonym do autonomicznego odsłuchu, mającym pełnić wbrew pierwotnemu przeznaczeniu całkowicie nową funkcję. Z tego powodu ostrzegam, że wbity naturalnie w rdzeń całego wydawnictwa filmowy kontekst będzie pominięty, w ocenie wyjątkowo niesprawiedliwie stawiając Stranger Things Vol. 1 & 2 na równi z normalnymi albumami nieobciążonymi twardymi ramami swojej konwencji.

OST z Hotline Miami 1 & 2, potem Wolf Among Us (niektórzy dorzucą Mass Effecta), teraz Stranger Things – może kulą w płot, ale czuję w tych trzech przypadkach stylistyczny element spajający. Oczywiście, wyłączając z uwagi psychodeliczne/bad tripowe szaleństwo tego pierwszego i neo-noirowy klimat znany z Wolfa, soundtrack do serialu Netflixa posiada też odmienny język budowany na niepokojących motywach Carpenterowskich horrorów sci-fi zmieszanych z bardziej nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi, od czasu do czasu cała pula urozmaicana jest o bardziej sentymentalne i melodyczne utwory.

Zbiorczo prześledźmy dwa albumy w jednym tekście. Najpierw Vol. 1, który ma bardziej zorganizowaną strukturę. Rozpoczynając się od wiadomego i nie oszukujmy się, świetnego samego w sobie openingu, przechodzi on przez grono łatwo przyswajalnych motywów, z jasno zaakcentowanymi prostymi, niemal dziecinnymi, klawiszowymi melodiami i przebiegami występującymi na tle syntezatorowych fajerwerków. Im bliżej końca tym płyta coraz częściej traci na początkowej wyraźności, zagłębiając się w coraz bardziej rozmyte, bezkształtne plamy ambientowego dźwięku, aby z czasem wchodzić w brutalne i coraz bardziej dynamiczne momenty skutecznie budujące uczucie głębinowego terroru bez pomocy dosłownej wizualności. Druga część staje się bardziej poszatkowana i chaotyczna: bez wyraźnego pomysłu na siebie, za to z bardziej eksperymentatorskim zacięciem. Generalnie jest dobrze, jest bardzo dobrze, ale wad uniknąć się nie dało.

Najbardziej boli to, że większość obecnych na płycie utworów brzmi jak sklepowe 30 sekundowe promocyjne próbki z nadchodzącego nowego albumu, w szczególności odczuwalne jest to przy Vol.2. To irytujące, jeśli uzmysłowimy sobie, że z podanych miniaturek, zdecydowana większość jest zarodkami bardzo dobrych kompozycji. Pomijając wątek możliwej rozbudowy poszczególnych utworów, strzelam, że stuprocentowa kopalnia złota wynikająca z sezonowej histerii na serial wpłynęła na pośpieszne wydanie dwupłytowego albumu, przed oklapnięciem fenomenu. Przez dojmujące uczucie monotonność i powtarzalność (czy ten kawałek nie leciał już dwa razy?), wyciągnięcie tego co najlepsze i wpakowanie na jedną płytę, wyszłoby wszystkim na dobre. Mimo trudności wciągnięcia całości na raz i kiepskiej selekcji utworów na ochroniarskiej bramce, zabawa niezła, dobry typek: skrzydłowy soundtrack > serial.

Michał Kołaczyk    
14 października 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja