RECENZJE

Kwjaz
Kwjaz

2011, Brunch Groupe 6.5

Lo-fi space-jazz. Nie wiem co na to powiedziałby Sun Ra, ale już Davis ucieszyłby się z całą pewnością. Zgraja dziwaków i bystrych typów słuchających Forest Swords, Rangers i im podobnych – już się cieszy. Kwjaz to kolejny bardzo ciekawy projekt z tej półki, który jeszcze dalej rozszerza jej granice, stanowiąc wyzwanie dla receptorów tych, którzy zechcą. Wydany w symbolicznym nakładzie 121 kaset debiut Petera Berendsa to koktajl, który wprawdzie bardzo łatwo można skwitować zrozumiałym "nic nie słychać", ale który fajnie odpłaca tym, którzy usłyszeć jednak spróbują.

Album jest swego rodzaju wygranym samodzielnie mixtapem, a jeśli potrzebujecie przymiotnika opisującego go, musiałoby to być angielskie "trippy". Rzeczywiście, podzielony na dwa tracki (po jednym na stronę kasety) materiał przede wszystkim zabiera słuchacza w podróż. Nieistotne są tu repetycje, czy struktura. Kompozycja po prostu gdzieś sobie idzie, spotykając po drodze motywy. Dlatego jazz, bo motywy te są często jazzowe, korzystające z jazzowego instrumentarium, porzucane po chwili potrzebnej na udanie się w dalszą drogę, a zakrapiane też gęsto jazz-rockiem. Dlatego zaś space, bo podróż wydaje się mieć takie właśnie konotacje. Nie bez znaczenia pozostają oczywiście skojarzenia cannabisowo-lizergowe, ale kosmos to tutaj także wykorzystanie określonych dźwięków: zdjęcia do Odysei Kosmicznej Kubricka przeniesione do piwnicy musiałyby dać efekt zbliżony. Wyobrażanie sobie zdjęć satelitarnych podczas patrzenia na kawałek ziemi pod stopami.

Album nastawiony jest właśnie na tripowanie. To podróży podporządkowane są tu wszystkie pomysły kompozycyjne (bądź jakoś wyimprowizowane, kto tam wie), co oznacza, że oczywiście każdy ze świetnych motywów w mniej lub bardziej atrakcyjny sposób wyłania się z magmy albumu i zaraz w niej chowa, zalewany czymś nowym. Bo tak, zdarzają się tu i, trochę niezależnie, świetne momenty. Zdarza się też, że wszelki pseudo-ambient, robiący im za otoczenie, realnie wciąga w podróż, dużo obiecując, chwytając za rękę i prowadząc przez jakiś czas. Poza kosmosem bardzo zaznacza się spore podobieństwo brzmieniowe do wspomnianego Rangers, a także, jak często u artystów, których lokuję gdzieś obok, wyraźny dub prowadzący wszystko, pomimo, że raczej to nie zagrywki basowe są w tej przygodzie najważniejsze.

Debiut Kwjaz to wydawnictwo nieobiektywizowalne i oczywiście nie podlegające rzeczywistej ocenie. Coś tam wystrzelałem, ale wiadomo, że nie o to chodzi. Wszystkich zainteresowanych takimi rzeczami odsyłam do słuchania, no, choćby zeszłoroczny James Ferraro wcale nie był lepszy niż to, a wyceniony został chyba wyżej. A mimo całego podobieństwa, Kwjaz jest czymś na tyle oryginalnym, że warto o nim pamiętać, a już na pewno sprawdzić, że w taki sposób też można. Dostrój się i sprawdź, ja jestem zadowolony.

Radek Pulkowski    
5 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy