RECENZJE

Kuedo
Severant

2011, Planet Mu 6.9

LB: Kuedo na jutro? No jasne, nie ma sprawy, rozpykam temat raz, dwa, przecież wiem o tej płycie wszystko, mówię ci, wszy-stko. Siadam zatem i myślę. Od czego by tu? Footworki, Vangelis, południowe hip-hopy, eskapizm, wizje przyszłości z przeszłości? Teasdale gra z nami w otwarte karty, wszystko to podaje na tacy, niezawoalowane, gotowe do krytycznej analizy (vide jego tumblr). Nie ma to jednak większego znaczenia, bo może i "wiem" o Severant tzw. wszystko, ale wolę rozpatrywać ten album raczej w kategoriach uczuć niż wiedzy. ''Czuję” go przecież silniej niż jakikolwiek inny w tym roku. Stał się moim pocieszycielem, przyczyną mojej radości, a nade wszystko ucieczką, nie tyle od rzeczywistości, co właśnie w rzeczywistość, przeobrażoną i jakby przefiltrowaną, przez te kilkadziesiąt minut po prostu czystszą. Jakżesz mam więc rozłożyć tę moją małą świętość na czynniki pierwsze, wytknąć niedociągnięcia, czepiać się upierdliwie? Ludzie, przecież ja przy ''Ant City” zanoszę się szlochem, a łzy moje najprawdziwsze gdzieś mają to, że siedzę akurat w tramwaju. Niesamowite swoją drogą, jak wyśmienicie smakuje ten gulasz przypadkowych, bliżej niepowiązanych inspiracji. Kto by pomyślał, że szorstkie, toporne wręcz, footworkowe tekstury mogą tak dobrze współpracować z płynnością rozmarzonych, syntetycznych krajobrazów. Sztuczka ta nie udałaby się zapewne, gdyby nie magiczny składnik, o którym Jamie nie mówi już tak chętnie. Może to jego skrzydlata, futurystyczna wrażliwość, może ucho do rozdzierająco pięknych melodii i harmonii, może coś innego, jakieś tajemnicze X, gdzie X = nieuchwytna empirycznie, niemierzalna wartość, zwana czasem "aurą" (właśnie oficjalnie zaegzaltowałam się na śmierć).

Tak jeszcze przy okazji, bo historia Teasdale’a aż prosi się o przypis. Otóż Severant ma swoje alter ego w postaci Aftertime Roly’ego Portera, który snuje historię właściwie bliźniaczą, też osadzoną w odległej galaktyce i równie wzruszającą, tyle że opowiedzianą językiem jakiejś sąsiedniej planety. Paradoksalnie, panów łączy teraz więcej, niż za czasów Vex’d. Odseparowani od siebie, zupełnie niezależni, rozumieją się jak nigdy dotąd. A dialog to fascynujący.

MH: Z mojej perspektywy nie ma tu się w co wgłębiać. Po kilku wymęczonych sesjach nie jestem w stanie odtworzyć w pamięci ciekawszych fragmentów poza jednym jedynym "Salt Lake Cuts", które rzeczywiście jest bardzo dobre i ma w sobie pulsujący nerw. Ogólna atmosfera jednak zawęża się do chłodno-synthowych melodii oraz pogłosów pierwszego planu, nie pozwala na wyeksponowanie wyrazistego charakteru poszczególnych utworów i pozostawia mnie przez większość czasu obojętnym. Nie ma lipy, ale myślę, że wyczuwalne ciśnienie na odkrycie europejskiej twarzy footworku przyniesie nam jeszcze jakieś ciekawe propozycje, a tę pochwalę za spoko okładkę.

MS: Severant nie mogło wybrać sobie lepszego momentu na zaistnienie w moim życiu. Zmęczony masami nijakiej elektroniki, przez które przeszło mi ostatnio się przekopywać, dotknięty jesiennym weltschmerzem, bez większych nadziei wrzucałem Kuedo na słuchawki pewnej listopadowej nocy, raczej w roli białego szumu niż pełnoprawnej muzyki. Ot tak, na dobry sen. Jak bardzo byłem w błędzie dobitnie uświadomił mi budzik, który o szóstej rano, w momencie gdy z wypiekami na twarzy kończyłem któryś z kolei odsłuch nowego albumu Teasdale’a, zaczął dzwonić zupełnie dla nikogo. Dzięki Jamie, udało ci się pomalować mój świat.

Strzałka czasu nie ma lekkiego życia w przypadku takich płyt jak Severant. Prostote brzmienia rolandowych bębnów na debiucie Kuedo to zarówno zaklinanie lat 80., jak i przyjmowanie footworkowych rytmów z pełnym dobrodziejstwem ich inwentarza, zaś bluesowe błyski w "Ascension Phase" przywołują na myśl jednocześnie ost Blade Runnera i dzisiejszą purpurową scenę z Bristolu. Ktoś oczywiście mógłby podnieść, że w ten sam sposób Modest Mouse odwołują się i do Fab four i Pavement, "no bo gitary". Chodzi mi jednak o brzmienia, które w zależności od perspektywy mogą tu równie dobrze być postrzegane jako dźwięki-klucze minionych dekad i symbole najnowszych trendów (pomijając oczywiście te trendy, które nostalgię wykorzystują do swych celów całkiem świadomie, vide chillwave i hauntologia). Tego typu temporalne dwuznaczności gmatwają odbiór Severant, z góry udaremniając poszukiwanie solidnych punktów zaczepienia. Trudno powiedzieć, czy jedynie eksponują realnie istniejące powiązania, czy też stanowią zwodnicze konstrukcje, sprytny fałsz na temat muzycznej ewolucji.

A przecież do gry przeszłości z teraźniejszością dochodzi jeszcze kwestia futurystycznych konotacji, jakie wciąż niosą ze sobą, tak chętnie wykorzystywane przez Kuedo, "kosmiczne" barwy. Ich przyszłościowy wydźwięk wcale nie został, jak mogłoby się wydawać, przygnieciony kulturowym retro-bagażem intensywnej eksploatacji sprzed trzydziestu lat – w każdym razie nie całkowicie. Basowy motyw “End Titles” Vangelisa zacytowany we “Flight Path” jest tu tak samo piorunujący jak wtedy, gdy po raz pierwszy obserwowałem drzwi windy zamykające się za Deckardem. Severant bawi się przeszłością, teraźniejszością i przyszłością całkiem jak lopatinowska Replica – być może właśnie to czyni obie te płyty tak fascynującymi doświadczeniami. Wiem, wiem – plotę bzdury, no ale jak by tu inaczej zracjonalizować moje absolutne fanbojstwo?

Może tak: nowe Kuedo wygrywa nawet po wydarciu ze śmiesznych czasowych kontekstów. Kate Bush dała Ci 50 słów na śnieg? Teasdale dorzuca jeszcze kilkadziesiąt – Severant w moim odczuciu patrzy na świat nie tylko z pozycji futurystycznych metropolii, ale też ściętych lodem jezior i ciężkich od białego puchu dachów. Krystaliczne, przypominające Zomby’ego, arpeggia w “Reality Drift”, połyskliwe barwy “Shutter Light Girl” czy burialowa progresja w “As We Lie Promising” konstruują (zupełnie na przekór inspiracjom autora, jasno wyłożonym na jego tumblerze) zimową utopię, z której nie mam ochoty wracać za żadną cenę. Eskapizm? Poproszę raz. Jak dla mnie ścisłe okolice płyty roku, nawet jeśli odbiór pewnie nie do końca odpowiada artystycznemu zamysłowi.

FK: Hej, Marcin, naprawdę słuchaliśmy tego samego Severanta? Bo mam wrażenie, że i ja, i Michał dostaliśmy jedynie jakąś wersję demo albumu, który chciałby być tym, o czym piszesz. To, co mi już któryś raz pobrzmiewa, to rytm footworka wyprodukowany w specjalnie starodawny sposób. Pewne pomysły, które Teasdale próbuje implementować od razu się w tym brzmieniu rozmywają i mimo wielu przesłuchań. Więc wybaczcie, że opóźniałem updejt tylko po to, żeby dorzucić kilka zdań zupełnie bez polotu, ale naprawdę też chciałem mieć własną ósemkę w tym roku, a skończyło się na czerstwej szóstce.

Luiza Bielińska     Marcin Sonnenberg     Michał Hantke     Filip Kekusz    
28 listopada 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy